Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieco. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 października 2013

jak ambicja, głupota i duma sprawia, że jesteś jak kobieta guma!

Lidla lubię z różnych powodów. Jednym z ważniejszych jest fakt, że gdy staram się przy kasie zapłacić za sześciopak win, proszą mnie o dowód osobisty:) Sytuacja jest rozbrajająca, gdy jestem na zakupach sama. Jednak, gdy jest ze mną ktoś...ktokolwiek, z rozbrajającej staje się żenująca. Widzę wyraz twarzy osoby towarzyszącej. Zastanawiam się co to. Pogarda? Szydera? I ta purpura na twarzy, aby nie walnąć rechotem prosto w moją twarz?:)

Od dziś Lidl będzie miejscem moich pielgrzymek pochwalnych. Bowiem jest miejscem, w którym przecisnęłam się przez szparę pomiedzy koszami z produktami o charakterze tekstylnym o szerokości 5 cm. Jak? No fucking idea! Nawet nie przypuszczałam, że to możliwe. A wszystko przez zwykłe galotki;)

Rozgrzała mnie do czerwoności gazetka, która mówiła, że już od poniedziałku rzucają bajerki różne na trzaskające mrozy. Dla dzieci głównie. A że mamą jedynaka jestem - odbiło mi kompletnie:) Jeździłam z tą gazetką wszędzie przez 7 okrągłych dni...no żeby nie zapomnieć!!!! Broń Bosze!
Szczególnie zapragnęłam poniższego produktu:



Obmyśliłam plan. W poniedziałek będę tam mega wcześnie (czyli ok 12.00), kupię takie, bo fajne i tanie do tego. Będę cwańsza niż inni, którzy przyjadą za póżno, po pracy i galotków już nie będzie. Miałam plan perfekcyjny, więc obiecałam przyjaciłóce, że i dla jej syna galotki takowe sprytnie zdobędę.

Lecę w poniedzałek. Pusty parking! heheheh! Zrobiłam ich!
Wpadam w kosze, latam, szukam..dupa. Nie przywieźli.
I tu odbywa się mój dialog:

Spryciula: "Przepraszam Panią..miały być u Was dzisiaj takie galotki z koszulkami za 39 zł i nie ma. Dlaczego? Kiedy będą?"
Pani w Lidlu: "Tak, tak..były, ale skończyły się o 8.15".

Co do cholery!? ale, że co do cholery??????!!!!!!!!!!!!!!
Urażona duma moje nie pozwoliła mi się na tym etepie zatrzymać i opamiętać. W jednej sekundzie coś stało się z moim mózgiem i pragnienie posiadania kazało mi przemieścić się natychmiast do kolejnego Lidla oddalonego jakieś 15 km od tego pierwszego. Wybrałam taki, który w mojej ocenie znajduje się "na totalnym zadupiu".
Wpadam, latam, przerzucam, kopię. Shit. Nie ma. Ale jest polar! o tak! Wezmę ten polar!
Ale to nadal nie pozwoliło mi się zatrzymać i zacząć ...myśleć. Oj nie!
Bieg przez parking, fura i strzała! Czuję narastające napięcie i poddenerwowanie.
Wpadam do kolejnego Lidla (kolejne jakieś 5 km) i już od drzwi widzę (bo już wiem gdzie patrzeć), że leżą...jezu leżą..ale troszkę tylko, ale mało, kilka sztuk...
Więc daję dyla na skos po sklepie! I tu następuje kulminacja! Przedzieram się przez te szpary między koszykami z produktami w sposób nadprzyrodzomy jak jakaś kobieta guma, jak baletnica zwinna i wąska.

Mam! 3 sztuki!

Ciekawy jest fakt, że jak zeszło ze mnie napięcie to już tą samą drogą nie byłam w stanie do kasy wrócić;)

Szczęście ogromne, że na galotki wpadłam już w 3 sklepie, bo kosztowałyby mnie więcej niż 10 sztuk galotków z najnowszej kolekcji Nika.

Wieczorem na fejsbuczku znalazłam kilka linków o słodziutkich tytułach: "Wariaci szturmują Lidla", "Polaczki biedaczki":)

Taaaa
Tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono:)

Dobranoc



środa, 7 sierpnia 2013

jest pokusa!

No taka zwykła...babska:)
Nie za bardzo wierzę w cuda. Nie przepadam też za miłymi i bardzo opalonymi (i szczupłymi !!!!! AAAAAAAAAAAAAAAAAA!) babeczkami, które zaczynają zdanie od "kochane moje!":) Ale gapię się jednak w tego fejsbuczka i widzę wyraźnie jak te grubaśkie lejdis z cellulitem wodnym i innymi gatunkami jego, przeistaczają się jednak w mega dupki z sześciopakiem na brzuchu.
No i to jest tak...
Nie bardzo temu ufam, bo każdego dnia rzeźbię coś zawodowo w photoshopie...no i wiem jak jest:). Sama znalazłam się kiedyś na okładce ELLE za sprawą sprawnych rączek grafika i do dziś pękam ze śmiechu jak to widzę:)
Upatruję zatem podstęp wszędzie:)




Całe życie jestem na diecie, którą mogę nazwać śmiało "dieta gówno warta", bo jeść lubię i cukierki też.
Potrafię wyżreć w nocy z paczki całe kakao, bo oszukując sama siebie nie kupię michałków do domu...a w ciemności przychodzi jednak potrzeba nagła i coś pociumkać słodkiego muszę! Nie polecam, bo kakao przykleja się do podniebienia...no chyba że jest w granulkach, to nawet spoko!

Biegam po okolicznym zakrzaczałym terenie, latam na siłownię w soboty, gdy normalni ludzie smacznie spią, jeżdżę na rowerze do pracy w upale 40 stopni topiąc oponki w asfalcie i co? Gówno!
Zaprzepaszczam to, bo jak już się tak spocę mocno i zmęczę to mam poczucie, że przecież mogę tę latte z bitą śmietanką wciągnąć. Czyż nie? A makaronik ze śmietanowym to nie? No mogę..owszem!

I nagle ta cholera Chodakowska! Jakaś córka szatana czy co?
I treningi, w których nazewnictwie nie potrafię się nadal połapać za nic!
I te lejdis z gębą pełną sukcesu "jadłam kluseczki a mam dupcię jak marzenie".
I wiecie jaką mam pokusę? Skoro mogłam żreć Dukana i nie umarłam, to mogę chyba poskakać jak pajac przed tv. Sprawdzić to na własnej dupie a potem powiem Wam czy to prawda. Tej małej grupce wyjątkowych 240 osób, które zechciały się przyznać, że czasem nas czytają. Opowiem. Szczerze do bólu. 

Dzisiaj zapisałam linki do tych cholernych ćwiczeń i zrobiłam focię brzucha z dystansu:). To trudny moment:), ale odbiło mi, bo siedzę sama od tygodnia a życie singla nie jest mi znane.
Jem w kółko jajka, trącający pleśnią chleb i zupy Amino i to wywołuje zmiany w mózgu mym.
Nie wiem czy zbiorę się do kupy, ale się postaram:)
I będę robić fotę co 2 dni:) I zrobię wernisaż blogowy "od słoninki do zajebistej dziewczynki:).


p.s. ale wybaczcie mi...jeśli się nie uda to tej foty z dziś nie opublikuję!!!! za nic! za nic! za nic!:)
dobrej nocki!


czwartek, 25 lipca 2013

ja dinozaur!

Piszę lekko podrażniona, bo zadziwiona cała siedzę tu, z gęba otwartą nawet nieco...
Wśród moich znajomych na FB jest parę takich listeczków zielonych, czyli dzieci moich znajomych. Takich co im tam pieluchy nawet przewijałam swego czasu. 
Zapraszają ciociunię...no ciężko tak zwyczajnie olać, ale zawsze zastanawiam się po co dzieciakowi co ma lat 10 profil na FB?
No może będzie o zwierzątkach pisać. Może o problemach z matematyką lub wyjściu do kina lub o tym, że cholerną "Wieczorynkę" likwidują.. Dobra, myślę sobie, niech tam sobie profil ma.

Jednak ostatnio jestem dość przygnieciona faktem zmian hurtowych statusów owych dojrzałych fejbukowiczów.
Zmiana statusu: w związku
Ale w jakim związku?
Hę??? No niech mnie cholera!

Zawsze wtedy w ataku paniki przeliczam ile lat upłynęło od 1999 lub 2002 do dziś, bo dla mnie to raczej jakoś całkiem niedawno. No muszę się jakoś upewnić, że mnie oczy nie mylą i liczyć jednak dobrze potrafię.
Widzę na foci "partnera" chudego jak mój kij od mopa z grzywą rodem z "Króla Lwa", nieco pryszczata twarzą, nosem jak haczyk na ryby i staram się nie zaśmiać, opcjonalnie z rozpaczy zaszlochać!



Refleksja mnie naszła. Czy ja stanowię rodzaj skamieliny czy też skamieniałości (jak zwał tak zwał!), co ją ktoś wykopał przypadkiem lub ze skały wygrzebał i osadził tu w tej Łodzi na zwykłym osiedlu zamiast w muzeum? Dlaczego czuję, że pragnę napisać pod owym statusem: ej no! umyj ząbki i do wyra spać, bo mnie tu szlag trafi!
Staroć stetryczała? co jest grane?
Niech mnie ktoś uratuje i powie, że nie tylko ja jestem dewotą i jakimś zacofanym moherowym beretem, bo czuję, że oszaleję albo wyrwę sobie z rozpaczy śledzionę.



p.s. Synu mój! jeśli za lat parę zobaczę coś takiego na Twoim fejsbuczku (gdy już go założysz niestety), uwierz matce swej, że Twoja spokojna egzystencja będzie zagrożona!!!:)
dobranoc:)

poniedziałek, 13 maja 2013

Kochanego ciała czasami za mało!

Do tych co wiecznie na diecie, wiecznie niezadowolonych i wiecznie przesuwających wymarzony cel wagowy w dół. Jak również do mężczyzn, którzy zachwycają się takim kanonem piękna wpędzając kobiety w kompleksy. 

Oto piękność w ubraniu. Panowie boska co?



A teraz ta sama piękność... bez ubrania... Panowie? sexy czy bardzo sexy???














To niestety jeszcze nie anoreksja. To rozmiar 34. Nawet nie wiedziałyśmy, że to tak może wyglądać. 

Jedzmy zdrowo, żyjmy szczęśliwie, wyglądajmy dobrze!


wrony dwie






piątek, 10 maja 2013

Ile faceta w kobiecie?


Ostatnimi czasy słyszę, że jestem fajnym kumplem… od kumpli, że w sensie kumplem – jako że niby facetem a jednak kobietą O_o



Początkowo mnie to przerażało, potem zastanawiałam się o co kaman i długie godziny kminiłyśmy z Ewką ten temat na case’ach różnych (szczęśliwie ona też tak ma więc jest z kim pogadać i nie czujesz się pierdolnięta – bo dwie to już jakby tłum czy coś w tym rodzaju) i doszłyśmy do wniosku, że coś w tym jednak musi być, gdyż obie mamy pewne bliźniacze objawy kliniczne, które predysponują nas do bycia kumplem:

  • Podobno jestem blacharą (jak śmie twierdzić pewien bezczelny osobnik i dla jego dobra wolę nie zagłębiać się w definicję tego słowa).  Ja nie uważam się za blacharę, ale jak tu stoję, a w zasadzie siedzę lubię auta i nic na to nie poradzę, szybkie auta jeszcze bardziej lubię, dobrych i pewnych kierowców też i nie mam żadnej wyrozumiałości dla faceta – pizdy za kierownicą, a typowych bab za kółkiem nie znoszę panicznie i czasami mój syn mnie wyręcza i krzyczy z tylnego siedzenia: No jedź PIPO!.

  • Denerwują mnie dzieci (oprócz mojego i kilku innych egzemplarzy). Nie kumam po co dawać dziecku imię jak mówi się do niego: niuniusiu, misiusiu, dzióbdziusiu. Nie mówię w języku zdrobnień często stosowanym w komunikacji z dziećmi – nie wiedzieć czemu?. Mam instynkt mordercy widząc nadopiekuńczą postawę mamusi, która pozwala rozpieszczonemu 3 latkowi na wszystko… kiedy obok ludzie chcą spokojnie zjeść kolację…

  • Nie krępuje i nie stresuje mnie wizyta w serwisie opon na podmiankę, na stacji benzynowej też nie i tak umiem dolać płynu samodzielnie otwierając maskę i ba! sprawdzić olej.

  • Wbijam gwoździe jak marzenie (prosto!), maluję ściany i skręcam meble z Ikea nawet te bardziej zaawansowane modele i sprawia mi to frajdę.

  • Nie traktuję zwierzaka jak mojego synka adoptowanego… kot to kot… a pies to pies i nie znajduję powodów dla których toto miałoby spać w łóżku dla ludzi.
  • Nie szokuje mnie stan wiedzy, że faceci się masturbują rano czy wieczorem O_o  i oglądają youporn.

  • Dzielnie potrafię słuchać o innych kobietach – seksie, cyckach, randkach itp. ba nawet daję celne rady… z doświadczenia, a na hasło: "zobacz fajna laska idzie" nie reaguję histerią, jadem czy też fochem.

  • Potrafię wypić sporo alkoholu w męskim towarzystwie i spokojnie poczekać, aż po kolei pospadają pod stół. Dodatkowo po takiej dawce alko nadal nie robię jaskółek, nie tańczę kankana, nie demonstruję bielizny czy tez pończoch, nie szczebioczę jak kurka i panuję nad ilością i jakością wypowiadanych słów.

  • Nie robię też awantur, że facet się upił… skoro z nim piję… to chyba naturalnym i dość przewidywalnym efektem jest stan upojenia alkoholowego i różne jego konsekwencje… A jak się sam upije gdzieś... i wraca po nocy moje oczekiwanie jest tylko jedno: „tylko cicho”

  • Po seksie lubię zapalić, względnie łyknąć wina niekoniecznie miziać się w nieskończoność po nodze i pierdulić do ucha jakieś słodkie farmazony.

  • Nie rozumiem niestety wielu zachowań kobiet choćbym bardzo się starała:
    • jak może rano, w szatni, po siłowni być 25 kobiet i żadna nie ma podkładu i muszę jechać przez pół miasta żeby ratować moją przyjaciółkę bo wyjątkowo zapomniała (swoją drogą cudowna poranna akcja)
    • jak można wypisywać do faceta kolejne smsy skoro ten nie odpowiada – że niby co? tak się faken podekscytował jak dostał tego smsa, że zemdlał i dlatego nie odpowiada… i leży tam biedny i jak się obudzi będzie miał już kolejne 10 sweet smsków w swoim iphoniku.
  • Nie robię zagadnienia z męskich wieczorów, meczów, pokera czy wypadów na miasto - wręcz przeciwnie - czad mam czas dla siebie. Nie dzwonię też co godzinkę usłyszeć co tam u misiaczka słychać – wystarczy mi jeden sms jako proof of life.
  • Nie oglądam morza seriali o „barwach szczęścia życia na wspólnej” wolę dobrą sensację czy thriller.


itd… itd...


Dziękuję tylko Bogu, że natura opakowała mnie w raczej kobiecy wygląd, że zdarza mi się słyszeć, że mam fajne nogi i ogólnie „daję radę”, że lubię kiecki i szpilki, że nie ruszę się z domu bez makijażu, że gotowanie mnie relaksuje i sprawia przyjemność, że mam przyjaciółki i nie chcę ich zabić po 15 minutach, że kilka razy w roku płaczę, że mężczyźni otwierają przede mną drzwi… inaczej miałbym kłopociki psychiczne :).


Ale dowodem ostatecznym, że nie mam jednak problemów z osobowością płciową jest to, że zwyczajnie czasami wpieprza mnie pod sufit to „bycie kumplem”, od którego oczekuje się, że zrozumie co najmniej dziwną męską psychikę i logikę, absurdalne poniekąd zachowania i do tego jeszcze nie wyda surowych ocen tylko spokojnie jak kumpel z kumplem pogada i wytłumaczy o co kaman! 


O tak to jednak niepodważany dowód… Jestem Kobietą! … a faceci są jednak jacyś dziwni…

Miłego weekendu :)




wtorek, 7 maja 2013

Kobiety widzą bardziej :)

To, że kobiety dostrzegają całą gamę kolorów, to już nie raz zostało udowodnione - od akwamaryny, przez szmaragdowy, lazurowy, wrzosowy, aż po szafirowy :) Ale dzisiaj przekonałam się, że to za mało zdecydowanie... kobiety są znacznie bardziej ambitne i koniecznie postanowiły uzupełnić paletę barw.

Na krótkich zakupach dowiedziałam się bowiem, że jest kilka nowych kolorów - otóż w tym sezonie będziemy nosić się w "total white" gdyż biały najwidoczniej jest zbyt mało biały. Na czasie jest też "mocny lemon" tylko dla mocnych i odważnych samic - cytrynowy jest zwyczajnie dla szarych myszek O_o. "Głęboki pomarańcz" też mnie zaintrygował zdecydowanie far away bardziej niż zwykły "pomarańcz". Koralowy... lub bardziej wyrafinowanie "coral" :)))) jest nadal bardzo sexy i z tym ciężko mi dyskutować :) jakby... 

...ale hitem nazewnictwa okazał się być jednak przeniesiony z poprzedniego sezonu kolor "nude" i uwaga tu czytamy dwojako w zależności od tego w jakim sklepie czy też butiku jesteśmy. Mamy do wyboru wersję "nude - czytane /niuuud/" lub też "nude - czytane /nudeeee/" z fransuskiego bardziej :)))

Jak rozumiem beżowy brzmi zwyczajnie "do dupy"... i jest de mode :) Zatem "Nude" moje Kochane "Nude" :)

kasia



foto: pinterest.com



czwartek, 21 marca 2013

w poszukiwaniu tożsamości...

Nie wiem czy lubię ten tekst, który właśnie przeczytałam. Wkurza mnie i śmieszy zarazem, bo jest miejscami pocieszny...jak powiastki i legendy. Czytuję autora, bo ma gębę niewyparzoną i za to mu chwała. Poza tym zgadzam się czasem z opiniami różnymi cytowanego. Jednak nie lubię słowa "rżnąć". Ono mnie irytuje. Tak samo jak "ruchać", które szczęśliwie tutaj nie padło! Brzmi tak wulgarnie, że aż mi to przeszkadza a przecież nie wyłącznie słowa motyle z ust mych się wydobywają. Rani to moje uszy jak kreda piszcząca po zielonej tablicy w podstawówce.

Cyt.: "Biznes to męski świat. Kobiety tam trafiają na szczyt jeśli mają jaja. Są zmaskulinizowane. Rywalizują jak faceci. Kopią jak faceci. Prowadzą jak faceci. Klną jak faceci. Ba, są lepsze od nich bo oprócz tego, że nabywają męskie cechy z natury są okrutniejsze".

Jakie niby męskie cechy nabywają te kobiety?
Że wąsy nam rosną i włosy w nosie i na klacie? Że drapiemy się po jajach w garniturze Hugo Bossa podczas rozmowy telefonicznej i nawet nie wiemy, że to robimy? Że sikamy przy drodze jak nas "przyciśnie"?
To są typowo męskie cechy, bo chyba nigdy nie widziałam ani kury ani nawet korposuki w takiej akcji.
Co to znaczy kląć jak facet?
Że basem? Czy, że jak? Jakaś szczególna intonacja?
Co to znaczy prowadzić jak facet?
Że dłubiesz w nosie podczas jazdy swoim czarnym służbowym autem i myślisz, że masz zamontowane lustra weneckie?
Jak to jest być okrutną? a nawet okrutniejszą?
Że nie podlewasz kwiatków na oknie i one bieduleńki usychają, czy co?

Nie lubię też zero-jedynkowej segregacji. Albo kura albo suka. 

Bo teraz mam zagwozdkę...Jak wychodzę do pracy jestem suką. Bo wciskam się w wąską spódnicę do kolana, marynarkę i szpilki 10 cm. Wtedy, to pasuję do opisu. I zgodnie z powyższą teorią, trudniej mnie wtedy "zerżnąć" - to szczególnie ciekawe zdanie:)
Jak przekraczam próg domu i zmieniam strój na lekko łajzowaty i lumpiarski staję się kurą. Moja kurowatość narasta dramatycznie, wręcz pikuje! jak smażę kotleta mielonego lub schabowego, bo wtedy jestem kurą do tego stopnia, że zaczynam dziobać odruchowo bazylię stojącą na parapecie myśląc, że to trawnik...No i wtedy łatwiej ze mną żyć...no i zrobić to na "r" oczywiście:)

Czyżbym była zatem kurosuką? Czy może sukokurą? W sumie wronie bliżej jakby do kury...tylko te garsonki tu kompletnie nie pasują...Może jestem więc zwykłą kurą w dziwnym stroju? Przebraną, jak na bal karnawałowy.

Cyt.: "Lubię silne kobiety.  Lubię suki w garsonkach. Ale powiedzmy sobie szczerze o wiele łatwiej jest żyć i rżnąć kury domowe. Ko ko ko Kurwaryku"

Drogi i sympatyczny samczyku...Jeszcze łatwiej jest "rżnąć" siebie samego, bo do tego chyba nawet nie trzeba podnosić dupy z fotela;)

p.s chciałam też dodać też, że "kura" to raczej stan umysłu i przypomnieć, że kogut to też kura, tylko z paskudnie wiszącym grzdylem i sflaczałym irokezem w nawet fajnym kolorze:)
pozdrawiam wiosennie!!!





wtorek, 19 marca 2013

ku pokrzepieniu i wesołości lejdis, które na dzieci nadal oczekują:)

Dzieci to niezwykłe istoty. Bywają nieznośne i potrafią doprowadzić do szału każdą nawet największą oazę spokoju (i nie myślę tu o sobie bo oazą nie jestem:)). Mimo to darzymy je tak absurdalnym uczuciem, które jest aż trudne do zrozumienia. Dostajemy świra na ich punkcie, choć jeszcze nie tak dawno (gdy jeszcze nie posiadaliśmy własnych) zarzekaliśmy się, że nigdy, przenigdy! na ich punkcie nie ześwirujemy. I co? Gówno prawda! Wszystkie teorie można sobie wsadzić gdzieś..!
Dzieci mają jeszcze coś, czego my stare zgredy już niestety w większości nie posiadamy. Bo mam się zapomniało po drodze troszkę o tym...Zatarło. Wypadło z głowy.
Są wyjątkowo otwarte, szczere i niezwykle spostrzegawcze.



Ostatnio zaczęłam nawet spisywać nasze rozmowy z młodym i niektóre dość ciekawe pytania. Żałuję, że tak późno zabrałam się za to spisywanie, bo to całkiem niezłe copy:)
Dzisiaj 5 odcinków;)

M jak Młody odcinek 1:

Takie pytanie padło w całkiem miły wieczór:

Mamoooo? Czy to co masz na brzuchu i jest takie wielkie to są piersie? Bo zapomniałem..


Niech mnie ktoś uratuje! Bo zaliczyłam zgon!:)


M jak Młody odcinek 2:

Z serii: filozofia sześciolatka.

Akcja: Stacja benzynowa, mama płaci przy kasie za przetanią benzynkę.
Dokładnie przed oczami syna (110 wzrostu) stoi półka a wypełniona po brzegi prezerwatywami o smaku banana.


Syn: Mamooooooo?
Mama: Tak?
Syn: A co to jest?
Mama: Co?
Syn: No TO! (pokazuje palcem i nie pozostawia złudzeń o co pyta)
Mama: (proces toczący się w głowie) rety, rety! Co ja mam mu powiedzieć, aby wyjaśnić a nie skłamać straszliwie…?
Syn: No mamo! Co to jest?
Mama: Heeeeee
Syn: Mamo, bo mi się wydaje, że to są bananowe gumy albo takie specjalne torebki na banany…
Mama: Heeeee…masz rację synku…to jest w zasadzie jedno i drugie zarazem..

No cóż…zadziwiająco trafne spostrzeżenie:)


M jak Młody odcinek 3:

Z cyklu: poważne rozmowy.

- Mamooooooooooooo..

- Słucham?
- A ja wiem kto to jest kochanek!
- Tak? A kto to taki?
- To jest taki człowiek co bardzo, ale to bardzo kocha swoją rodzinę!



Taaaa..i niech tak może póki co zostanie:)


M jak Młody odcinek 4:

Syn: Mamoooo..
Mama: Tak?
Syn: A ja dzisiaj w przedszkolu zrobiłem najstraszniejszą rzecz w swoim życiu!

Mama: A jaką?
Syn: Napisałem na kartce „srać” i „cycki”. Ale musisz mi to wybaczyć, bo Maciek mnie do tego zmusił!!!!



Fala, czy co?:)



Z drugiej strony…luzik synu! 
Z tego co sobie przypominam, twoja mama napisała a nawet powiedziała w swoim życiu odrobinę gorsze rzeczy:)


M jak Młody odcinek 5:


Podsłuchałam z drugiego pokoju:)

Syn: Tato, czy ty jedziesz na szkolenie?
Tata: Tak synu jadę na szkolenie na 3 dni
Syn: I będziesz nocował w hotelu? Sam?

Tata: Nie sam...z kolegami..
Syn: Oj! To będziesz tęsknił..smutne..
Tata: No będę, ale jakoś sobie na tym szkoleniu poradzę:)
Syn: Tato..to jak chcesz to zabierz mój podświetlany globus ze sobą, pokażesz kontynenty kolegom...



Ech! Stary człowiek, pociąg trasy Łódź - Warszawa, 6 rano i globus..., płaczę ze śmiechu do dziś!:)


Zbieramy z Wroną takie teksty;) Macie jakieś swoje? Dawać nam tu. Pośmiejemy się razem.



wtorek, 12 marca 2013

żeby nie było, że nas szlag trafił...oł noł!

Cisza głucha na tym blogu. Bo i cóż się takiego wydarzyło wielkiego ostatnio, aby na ten temat poemat napisać?

1. Wróciłyśmy do czasów wczesnej młodości, gdy z uśmiechem na twarzy mogłyśmy pracować po 15 godzin na dobę. Pani Ewo! Pani Ewo! Pani Ewo! Logo w lewo, logo w prawo i troszkę w górę...tak o 3 mm..nie więcej! Prawdziwa samorealizacja. Aby przetrwać....ciąglę myślę o fakturze...tej co ją na koniec wystawię:)

2. W Watykanie czarny dym. Wolę siwy, ale czarny to fajny kolor, więc w sumie, ok;)

3. W Lidlu wina promocyyyyja wielka, co jest godne zauważenia! A do tego krewetki w realu za pół ceny - kupiłam wór wielki jak krowa i zjadłam w dwa dni...jak świnia:)

4. Użyłam dziś (z sukcesem) pierwszy raz nawigacji w telefonie, piszczałam z radości i śpiewałam "aj folou, aj folu ju". Pan w TIRZ-e chyba kazał mi się leczyć, bo pukał się w czoło patrząc na mnie wymownym wzrokiem. Że niby ON taki faken intelektualista! Wszak nie wiedział durny ON, że dla mnie - imbecyla technologicznego, to jak odkrycie nowego kontynentu! Gdy zostaję sama w domu na tydzień nie jestem w stanie odpalić TV. Są 4 pieprzone piloty. Już pierwszego dnia uruchomię opcję, dzięki której pojawia się wielki napis HDMI 2 na środku ekranu i nie wyjdę z tej opcji za cholerę, aż do powrotu do domu kogokolwiek. Myślę, że mój pies lepiej znał się na tym sprzęcie.

5. Jedna ciąża (i to chyba jedyne wydarzenie warte życiowej stop klatki), która wywołała u mnie automatyczne otwarcie zawiasów mojej szczęki i pozostanie jej w opcji "zastygła" przez dłuższą chwilę. Dodam w celach bezpieczeństwa: ciąża nie jest moja...Musiałam to dodać, bo boję się, że mi wspólniczka wylewu dostanie:)

6. Jeden pomysł na biznes - wrzucony na listę "do pilnej realizacji". Zrobimy! Opowiemy! Mam nadzieję, że kupicie!:)

7. 4 wizyty w figloraju na urodzinach wszelkich. Ulubiony moment: uparzenie do białości stóp w niebieskich kapcioszkach z folii.Tak mnie to wkurwia, że celowo im dziury robię szpilkami w workach, bo wiem, że z kosza wyciągają i każą nosić te samie jeszcze 15 razy!

8. Gościnna wizyta teściowej (3 dni) - trudny materiał na niezależny post;)

9. Odśnieżanie do utraty tchu. Szczególnie upierdliwe jest odśnieżanie auta. Ja nawet kupiłam taką szczotę z metrowym kijem, żeby zasięg zwiększyć znacznie. Jednak osoba wzrostu mego ma tylko jedną opcję - zwalić śnieg z auta bezpośrednio sobie na łeb!

10. Poza tym pochodziłam sobie w szpilkach po śniegu, bo wyszło słońce (zaświeciło tak pięknie i patrzyłam oczarowana w niebo nie patrząc zupełnie, co znajduje się nadal na ziemi). Dzięki temu mam podeszwy wygięte w łuk o promieniu 30 stopni.

11. Odkryłam nowy drink: lód + soplica orzech laskowy + mleko. Jakby nawet zsumować wszystkie lata mego życia, to w nigdy nie wypiłam tyle mleka! Myślę, że pobliski real zanotował rekordy sprzedaży łaciatego!:) Odstawiłam już, bo szybko zadziałało "pij mleko, będziesz wielki". Niestety tym razem chodziło o obwody...Głównie w okolicach dupska.


Dobra wystarczy. Okazało się, że jednak coś się dzieje:) I co za obrazek Wam tu załączyć skarbeczki?
Dobra...wkleiło się instynktownie:)





poniedziałek, 14 stycznia 2013

idzie wiosna czas na łowy!

No dobra, dzisiaj trochę o szopingu. Nie o TYCH łowach:), choć pewnie byłoby bardziej interesująco..;) Dawno nic nie pisałyśmy o zakupach a w końcu baby jesteśmy. No tak, czy nie?

WSZYSTKIM PANOM TERAZ DZIĘKUJEMY!!!  chyba, że macie ochotę przysnąć z lekka w poniedziałek.

Niestety ze sklepów z butkami nadchodzą ciut gówniane wieści. Otóż skończyły się dla nas - Moje Drogie Lejdis - dobre czasy....

Jako posiadaczka 163 cm wzwyż (z czego nogi nie stanowią niestety dominującej części mego body) ratuję swój honor lataniem w butach, których obcas mieści się w przedziale 7-10 cm. Staram się raczej stelaży owych nie zdejmować (w żadnej sytuacji!!!), gotowa nawet jestem sobie te buty taśmą dwustronną do pięt przymocować, tak na wszelki wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy je ze stóp mych strącić!. No chyba, że idę na sanki....Chociaż ostatnio, szurając po lodzie za młodocianym, pędzącym przede mną stworem z okrzykiem "mamo, mamo - dawaj, dawaj!", pomyślałam sobie, że taki obcas wbity w lód, mógłby moją przyczepność jednak znacznie poprawić i wizerunek w oczach młodocianych podbudować. No, ale jednak czasem wypada udowodnić, że jeszcze pamiętasz co to trampki, choć Twoja data urodzenia być może na to już nie wskazuje...

Sytuacja jest zatem taka. Ostatni okres modowy pozwalał nam podążać w buciku z czubem zaaokraglomym. Dzięki temu zabiegowi mogłyśmy uniknąć martwicy palców po 8 godzinach pedałowania na szczudłach. Ale nie tej wiosny. W tym roku czeka nas wielki powrót czubastego buta, który to skutecznie w połączeniu z wysokim obcasem powoduje zatrzymanie krążenia w stopie. Uczucie to musiało być wyjątkowe, bo nadal pamiętam ten ból z czasów kiedy to czubaste buciory królowały na ulicach.

Mój strach przed amputacją stóp nie jest jednak wystarczająco wielki i postanowiłam mimo wszystko przygotować się należycie do wiosny. Zdruzgotana nieco informacją o zmianie "tryndów" i po krótkim przeglądzie zasobów własnych, potwierdziłam (to co i tak wiedziałam), że butów z czubem u mnie brak.
I ta informacja jeszcze bardziej poraniła moją duszę. Tym razem wyobraziłam sobie kłujący ból w okolicach klatki piersiowej przy kasie w sklepie na "V", brzmiącej jak nazwa miasta, w którym to gondole posuwają po śmierdzących kanałach:). Urodził się we mnie bunt! Sprzeciw. Opór, którego mocy nie są w stanie opisać ludzkie słowa! Nie zapłacę 5 stów za amputację palucha u stopy! oł noł!

Obejrzałam dokładnie w sklepie na "V" najmodniejszą wersję buta na wiosnę (model wiosna 2013 = bolesna klasyka) i ruszyłam na łowy w poszukiwaniu buta-siostry, ale dla uboższych, oszczędnych lub bardziej sknerowatych.
W efekcie owych poszukiwań MUSIAŁAM pogodzić się z ZARĄ, chociaż ostatnio pozwoliłam sobie na kilka splunięć jadem w jej kierunku. SĄ! 



Zasadniczo nie lubię butów z ZARY, ale dla Was kochanieńkie moje baby zainwestowałam i przetestowałam to cudo na stopie swej i (o dziwo!)....nadal mam obie stopy:). Maratonu w tym nie przebiegnę (i tak nie planowałam w nim wystartować:)), ale 119,00 pln robi wrażenie!:). 
A ponieważ produkt ów zamówiłam w sklepie on-line, zadzwonił do mnie kurier i powiedział: Pani Ewo, mam dla Pani jakąś przesyłkę z Madrytu, czy jest Pani w domu? 
Ależ fuck! Przesyłka z Madrytu! Do zwykłego Wronowa! Bożesztymój! Ależ hurrra!!!! Je, je, je!
I jeszcze jedna ważna zaleta...Jak się rozpadną po tej wiośnie to płakać nie będę - kosztowały tyle co sześciopak wina z Lidla - więc luz!:)


p.s. wiem, że jeszcze leży śnieg.. Ale zobaczycie, ten dziad stopnieje absolutnie znienacka! Nie dajcie się zaskoczyć!!;)


piątek, 4 stycznia 2013

Szczęśliwego Nowego Życia!:)

Lubie Święta. Bardzo. Mam jednak takie poczucie, że im dalej w las tym bardziej mnie one ubawiają niż nastrajają...jakoś szczególnie. Ale z pewnością jest to czas podsumowań i przemyśleń, co spieprzyliśmy i co w związku z tym wypada lub nawet trzeba naprawić w kolejnym roku. Co zacząć? Co zakończyć?

Każdy rok to kolejne przemyślenia i postanowienia, które śmiało możesz nazwać cyklicznymi, bo są identyczne jak te 10 lat temu. Nigdy niezrealizowane do końca, bo w okolicy marca opuszcza Cię już pieprzona moc realizacyjna. Ale zawsze jest też jakieś zupełnie nowe postanowienie. Zwykle skrajne, wynikające z wkurwu na siebie i głupotę własną. 

A skąd ten wkurwik poświąteczny?

W tym świątecznym mega czasie, w poczuciu misji, zawalczysz jak potrzaskana o świeży chleb w tłumie marketowych wariatów, zrobisz tonę żarcia, dwa miesiące wcześniej przygotujesz listę prezentów i ściągniesz je choćby z piekła samego (Mikołaj przecież nie jest jakimś debilem, żeby pumeksy rozdawać!!). Wyrwiesz na rynku mega choinkę "co z niej igły nie lecą" i wyprodukujesz własnoręcznie pierniki na nią, bo to przecież czad! Później padniesz na krzesełko, podniesiesz słuchawkę telefonu i złożysz osobiste życzenia ważnym dla Ciebie osobom (bez seryjnych sms-ów!!!). Niestety niektórzy nie poznają kim jesteś:), ale się nie poddajesz..dzwonisz dalej! Wspominasz, życzysz, pamiętasz imiona ich dzieci, kotów oraz psów, kanarków i innych takich...

Zrobisz stół, że fotę masz ochotę trzasnąć (wcześniej latałaś 3 godziny po IKEI w poszukiwaniu inspiracji).   Włożysz na ten wieczór z Mikołajem mega kieckę, buty na obcasie 10 cm (waląc dzięki temu czołem w szafkę nad zlewem jakieś 100 razy na godzinę - w kapciach się mieścisz, w obcasie już nie) i przyjmiesz gości.
Uwaga! RODZINA nadchodzi!!!
Część z nich już po 3 godzinach zorientuje się, że właśnie dziś masz imieniny...ooooo! YEAH! Niby nie nowość, bo Ewa masz na imię od urodzenia jakby...ale ok, grzybowa i pierogi potrafią odebrać rozum i pamięć nawet najbardziej pamiętliwym. Usłyszysz, że ładny ten stół, ale dużo gałęzi strasznie i zupełnie nie ma gdzie tych śledzi postawić. Aaaa!!! I te świece! Po cholerę tyle tych świec? Trzeba zdjąć, bo jeszcze się coś zapali albo ktoś się (nie daj Boże!!!) poparzy!!!
Później zjesz 2 kg szlamowatej ryby (bo teściowa robiła i zabije Cię wzrokiem jak nie zjesz)  i 3 kg klusek z makiem rozpaczliwie wierząc, że dzięki temu jednak pieniądze przykleją się do Ciebie a nie 2 dodatkowe kilogramy do dupska. Siorpniesz kompotu ze śliweczki, chociaż zapach ten zawsze wywoływał u Ciebie odruch zwany powszechnie wymiotnym.
Jesteś dzisiaj jakby taka...dystyngowana...Uśmiechasz się przepięknie do ciotek, wujków, babć i takich tam różnych...czując zmęczenie i ból wynikający z konieczności dostosowania się. Przecież dzisiaj MUSI być miło. Tradycja!:) Trochę ciupie Cię w głowie i masz ochotę na duuużo wina, ale to Wigilia przecież! Uspokój się! Usta tylko mocz w kielichu!

Przejrzysz później co przyniósł Mikołaj. OOO! Karty podarunkowe za 50 i 100 zł do 20 sklepów różnych marek, bo co Ci niby innego kupić. Przecież wszystko masz! Nie ma co wymyślać! Tylko nieliczni się odważyli...zaryzykowali i bach! Kupili! I chwała im za to! Znaczy, że zarejestrowali przez ostatni rok cokolwiek na Twój temat.
W poczuciu winy, że na Pasterkę raczej nie pójdziesz i dziecku odpowiednich wartości nie przekażesz, no i że masz prawdopodobnie jednak 2 kg do przodu..co robisz?
Skończysz łiskacza z własnym ojcem..ON też na szczęście lubi:)...nawet w Wigilię! Ma na imię Adam, ale o tym też nikt nie pamiętał...heheheh
Sytuację uratuje grono znajomych, którzy zameldują się u Ciebie zaraz po tym jak odjedzie ostatnia taksóweczka z RODZINĄ! Ci wiedzą jak się nazywasz! Oj tak!;)

Co czujesz?
Na ten i kolejne lata.
Za stara już jesteś, żeby udawać cokolwiek i kogokolwiek. Żeby pić śmierdzący kompot. Żeby wpadać w schematy, które nie są wcale Twoje tylko... czyjeś. Wystarczy już! Szkoda czasu, bo ten niestety bezlitośnie zapierdala!
Oczyszczenie dokonane...a postanowienia zmodyfikowane:

1. Zamiast schudnąć - nie przytyć!
2. Zamiast mówić ciągle "dla", powiedzieć czasem "ja"
3. Zamiast być osobą - być sobą! 



Teraz przepraszam wszystkich, których zaniedbałam w tym roku, roztrząsając się nad sprawami  dotyczącymi osób, które kiedyś wydawały się bliskie. 
Dziękuję tym, od których nadal się uczę pokory i tym którzy poświęcili mi szczerze w tym roku choćby kilka minut swojego żywota..

No i jeszcze jedno publiczne postanowienie (te publiczne trudniej potem olać:)):
nie poddawaj się Ewka never! i żyj po swojemu!

Tego i Wam życzę, dziękując jednocześnie za pierwszy rok, który z Nami - Wronkami spędziliście:) 
Cały rok lejcie szampana, zajadajcie truskawy i co tam jeszcze lubicie a potem już tylko.....raphacholina:)


p.s. i jak masz mi podarować w przyszłym roku kartę do Reserved lub gdziekolwiek indziej, to wsadź sobie ją lepiej do dupy, bo to żałosne i tyle!
dziękuję za uwagę!


czwartek, 6 grudnia 2012

była sobie książka...

Wrony dorwały książkę... ależ nam dostarczyła różnych emocji: śmiech, zaskoczenie, zdziwienie, mega śmiech, zastanowienie, utrwalenie, śmiech na leżąco... Już niedługo więcej o tym dziele literatury popularno-naukowej bo czytamy, czytamy... z przerwami na ocieranie łez... ale nie zostawimy Was z niczym... oto krótka zajawka... takie tam wybrane cytaty...

UWAGA dla wrażliwych będą słowa: penis... we wzwodzie... jądra... na jeźdźca... Czytasz na własną odpowiedzialność!



- Deklarowana wielkość męskiego członka: 40% upiera się przy 15,5cm... aha..., 30% twierdzi, że aż prawie 18cm... better... a 10% że 20,5cm... dla ułatwienia dla wzrokowców - to prawie taka standardowa linijka szkolna... ohohoho

- Aby prawidłowo zmierzyć długość Jego penisa we wzwodzie (gdyby ktoś był taki ciekawski poza oczywiście samymi zainteresowanymi) należy rozpocząć od podstawy - tam gdzie jądra łączą się z jego trzonem i przyłożyć miarkę od dołu penisa... od dołu bo będzie dłuższy... a oto przecież chodzi... chyba... Zagłębienie się w ową literaturę przynosi jednak wniosek, że "siedzenie okrakiem na przeciętnym wacku zwykle oznacza doskonale przyjemny seks"... to cytat był jak bum cyk cyk!!!

- Pojawiają się też rady dla miłośniczek małego penisa... i tu uwaga jedna jest zaskakująca: "Zachęć go do ćwiczeń Kegla. Nie powiększą penisa, ale go wzmocnią"... a ja głupia myślałam, że o słabe Kegle to tylko do bab można mieć pretensje... hmmm :))) fajowe... bardzo lubię tą książkę!!!

- W książce wypowiadają się różne autorytety - Dr. Jenni albo Dr. Emmey... jest też również Dr. Dick - ale do tego dojdziemy... w specjalnym odcinku dla dorosłych...

I zatem dla przykładu:
Dr. Emmey radzi: "Pierwsza rzecz, o jaką pytam mężczyznę, kiedy delikatnie zaczynamy dotykać tematu wzwodu, to czy ma wzwody poranne" hmmm... ależ ja jestem niedouczona... bo te poranne wzwody podobno bardzo ważne są, jeśli chodzi o rokowania innych wzwodów... hmmm chyba potrenuję: "Cześć... fajnie Cię widzieć... a powiedz mi z Twoimi porannymi wzwodami to wszystko ok jest???"

- Są też rady jak wykonać seksowny striptiz... jedna mi utkwiła w głowie: "...nic nie szkodzi, jeśli zaczniesz się śmiać w trakcie... a nawet kiedy on zacznie to robić!" No to ufff... kamień z serca :))) A i ważne żeby nie zaskakiwać faceta striptizem kiedy ogląda ważny mecz, albo dopiero co wrócił z pracy... no no no!!!

- A czy wiecie dlaczego faceci nadają swoim penisom imiona? Żeby ktoś zupełnie obcy nie podejmował za nich decyzji! Stare ale jare... No i Moje Drogie Panie otóż warto wykreować swoje imię na Jego penisa... coś jak dla pieska czy kotka... czy tam innego oswojonego zwierzątka przydomowego...

Wg źródeł najbardziej popularne imiona / pseudonimy:
- Pan Szczęściarz (plus 10 do Ego... czy też może: poszczęści się czy nie...?)
- Junior (no nie wiem... że mały... czy że taki emocjonalnie związany...)
- Wacek (Jędruś jakoś tak bardziej z polotem by było... i fajnie się odmienia: Jędręk hono tu!)
- itd... - jakąś nudą powiało... 

I tu przychodzą nam autorki z pomocą i podają super amerykańskie przydomki penisów - bo wiemy, że co z hameryki to jest OK i Cool. 

I tak do wyboru mamy:
- Bruce - od Bruce'a Lee ofkors, yes yes, naturlisz
- Energizer - jakoś kojarzy mi się z nerwowo podrygującym różowym króliczkiem... eeee nie
- Big Ben - ale, że co, że tyka - tik tak tik tak - jak bomba???
- Maxwell - to z reklamy kawy - hasło reklamowe brzmiało "Dobry do ostatniej kropli"... przemyślę... nietuzinkowe...
- Jego Wysokość - no dobra zatem Jego Wysokość... do Princess Catherine... na audiencję przybywa
- Arnold - wiemy wiemy - od tego gubernatora
- itd

... a teraz zabawa... polega na tym, że musisz sobie zwizualizować opisywaną poniżej sytuację - dozwolone zamknięcie oczu i uwaga!!! nie wolno się zaśmiać... nic a nic... zero grymasu na twarzy... bo flak będzie... w sensie smutny korniszonek i dupa zbita... 

Jesteś sam na sam z wybranym mężczyzną napalona jak... bez porównań... rozpalona, podniecona... twoje ciało lekko drży... już za chwilę okaże się co tam w tych sexi blue jeansach się kryje - little big little big I don't know - i oto On wyciąga swoje przyrodzenie mówiąc półszeptem:

- skarbie poznaj... Jednookiego Węża...

albo

- skarbie a oto... Biały Ogier

... nadal nie wolno się śmiać bo przegrasz...

albo

- kochanie mam dla Ciebie tutaj Broń Masowej Satysfakcji...

... aaaaaaa :))))...

KONIEC ZABAWY - przegrałaś - ale luz Ja też :)))

... więcej napiszemy jak będziesz na to gotowa :))) ... jest też rozdział o dziwnych zachowaniach jąder (unoszą się, kurczą i takie tam)... dowiedziałam się też, że w Starożytnym Rzymie mężczyzna składający przysięgę chwytał się za jajka... o przepraszam za jądra... tak jak normalnie my teraz zwykle kładziemy rękę na sercu. Angielskie słowo zaświadczyć (testify) pochodzi od łacińskiego testis (jądro). Tadammmm... jądra znaczy ważne są!!!

Aha i jeszcze jedno: penisa można złamać... najczęściej na jeźdźca... tak tak wiem, że wiecie, ale wtedy on - Jednooki Wąż - przybiera barwę czarno-niebieską... O_o ... jak w Lego Ninjago :))) - dr. Emmey tak mówi - a ja jej wierzę!!!

myślę, że ciąg dalszy nastąpi...

ps. dla szczególnie odważnych ujawnimy tytuł książki :)))




piątek, 23 listopada 2012

czy mogę prosić Pana na chwilę do swingowania?

Ciekawe czy jest na świecie taka osoba, która nigdy nie pomyślała chociaż przez chwilę o seksie z kimś, kto nie jest akurat jej aktualnym partnerem. hmmm;)



Nałożone na nas normy, morale, zasady, przyzwyczajenia i własne przekonania każą nam każdą taką przeobrzydliwą zaprawdę myśl zabić, ukatrupić, zamordować i usunąć z mózgu...  natychmiast!
Jedni skutecznie wywalają ją z głowy, inny zamieniają się w seksualnych marzycieli, a Ci co mają zasady głęboko gdzieś, przechodzą do realizacji i dopiero wtedy usuwają temat z czaszki. Tak czy owak chyba z natury człowiek jednak monogamiczny nie jest, ale jest istotą rozumną i nie realizuje każdej swojej potrzeby tu i teraz. Podobnie jest z sikaniem. Nie załatwiamy tego przecież gdziekolwiek i w jakimkolwiek towarzystwie. Jednak nawet badania (łaaa!) pokazały, co tak naprawdę przeciętnemu człowiekowi w głowie siedzi.




Czyli wynik chyba dość przewidywalny. Chcemy w stadzie i z "ciałem obcym" :). Ci co powiedzieli "nie wiem" pewnie wiedzą, ale nie wykrztuszą tego z dzioba za nic!
Człowiek więc sobie kombinuje... Jakby tu zrealizować potrzebę a mimo to zasnąć spokojnie. Jakoś to usprawiedliwić. Rozgrzeszyć. Prawdopodobnie stąd biorą się różne pomysły na "zdrady" i "seksualne mixy" za tak zwanym przyzwoleniem.
Swingersi - wcale nie nowy, zdefiniowany już "produkt", będący efektem chęci zrealizowania ludzkich paskudnych potrzeb (a fuj, fuj, fuj!) bez społecznego potępienia.
Wesoła zabawa ku radości wszystkich...Taka ogrodzona piaskownica dla dorosłych. Lubisz bawić się z Kasią i Basią to chodzisz tam, gdzie się one bawią i raz bawisz się szpadelkiem z jedną a innym razem grabkami z drugą. Ale mieszkasz i żyjesz cały czas z Tereską. Do tego Twoja Tereska nie walnie focha i nie dostaniesz w pysk, bo przecież Tereska też nieźle się w tym piasku bawi :). Wracasz z piachu do domu umorusany po dziób, idziesz pod prysznic i już. Po temacie. Życie toczy się dalej. Proste?

Jako osoba ciekawa życia, ale nie urodzona niestety po roku 1985, musiałam dokształcić się w materii owej. Gdy bardziej pogrzebałam w sieci okazało się, że temat swingowania jest dość dobrze zorganizowany. Aż mi nieco głupio, bo dla wielu osób pewnie nowości nie głoszę, ale istnieją na tym zepsutym :) świecie specjalne kluby dla swingersów z podziałem na kategorie uczestnictwa.
W klubie na wejściu dostajesz kolorową opaskę, sugerującą jaki jest Twój "plan na wieczór":

A. swinguję tylko z jedną parą (takie HB)
B. swinguję z kimkolwiek (chyba można przyrównać do ALL INCLUSIVE)
C. się tylko przyglądam innym a swinguję z własną kobietą/facetem (takie wczasy bez wyżywienia jakby, czyli jedziesz na głodzie ;))

No i co? Okazuje się, że potrzeba jest jednak matką wynalazku...
I tak z grzechu wielkiego płynnie i bezboleśnie możemy przejść - do przecież tak pożądanej w każdym udanym związku - wspólnej pasji :).

pozdrawiam weekendowo i tanecznie:)





piątek, 9 listopada 2012

chrapać każdy może...czasem dźwięcznie lub trochę gorzej!

Wielkie natchnienie przez doświadczenie. To poczułam właśnie. Obserwacja różnych - z pozoru zwykłych - zjawisk staje się moją obsesją, natręctwem (?). Zauważyłam nawet, że zaczynam notować różne banały i zapisywać onomatopeje, bo mnie fascynują i bawią do łez.

Chrapanie, czyli wydawanie podczas snu świszcząco - chrapliwego dźwięku. 
Charczenie, burczenie, sapanie i gulgotanie.

Medycyna podaje wiele definicji i klasyfikuje chrapanie na wiele mądrych kategorii. Najczęściej nazywa to zjawisko dość rubasznie - wibracją języczka. Z medycznego punktu widzenia to co z chwilę wyprodukuję pewnie nie ma żadnego sensu, ale muszę ten temat uporządkować jakoś, bo inaczej spokoju nie zaznam!

Chrapol napity - zwykle dźwięki wydaje po spożyciu dużej ilości płynów wszelakich. Mocne płyny wywołują dźwięki o charakterze gulgotu płynąco - napierającego. Są tak głośne, że budzą nawet starego i kompletnie głuchego psa. Zapewne jest to efekt wibracji idącej po stropach.
Nieco lżejsze płyny wywołują dźwięk przypominający końskie prychnięcia połączone z charakterystycznym telepaniem warg. Takie pryy, brrr, pryyy, bryyy + telepanie!

Chrapol płochliwy - chrapanie jego jest bardzo donośne. Odbywa się w serii i zakończone jest przeraźliwym rykiem, budzącym nawet samego chrapiącego. Chrapol na dźwięk własnego chrapu, budzi się wystraszony, siada, rozgląda bacznie i podejrzliwie. Przez jego myśl przebiega pytanie: "co mnie obudziło do cholery? jakiś hałas?". Wszyscy są podejrzani. Uspokaja się po chwili, kładzie się i zasypia natychmiast. Aż do kolejnego własnego chrapu pierdolnięcia. Znów powstaje, oczy wybałusza, strach go oblatuje. Kto to? Kto to nie daje mu spać?! Tego niestety nie dowie się nigdy!

Chrapol kanapowy, często zwany także walczącym - siedzi i patrzy w TV. Stopniowo zasypia. Zwykle pierwszą oznaką tego faktu jest wypuszczenie z ręki pilota. Pilot opada na podłogę i głowa chrapola delikatnie odchyla się do tyłu...START! melodia płynie w przestrzeń. Zdyscyplinowany przez głos z zewnątrz: "Cicho bądź!" zwykle budzi się i krzyczy: "CO JEST, CO JEST?! NIE ŚPIĘ, NIE ŚPIĘ!". Podnosi błyskawicznie pilota, przełącza bezrozumnie na inny, zupełnie dowolny i przypadkowy kanał (udowodnić się stara, że łapie jednak wątek) i historia znowu się powtarza. Pilot-głowa-melodia-"nie śpię, nie śpię"!

Chrapol zdyscyplinowany - ten chrapie sobie miło, ale ma dość mocno zakorzenioną w umyśle traumę z tym faktem związaną. Wie, że to robi, bo został przez współtowarzysza męki (kogoś kto szeruje sypialnię) poinformowany o tym fakcie wielokrotnie. Jest zatem poważnie tym własnym chrapaniem zestresowany. Dotknięty przez sen koniuszkiem małego palca - podskakuje na łóżku jak poparzony. Ruchem a'la foka natychmiast, bez jakiegokolwiek protestu, niemalże w powietrzu obraca się na bok. Wtajemniczeni wiedzą, że pozycja boczna pomocna jest wielce, gdyż ogranicza ilość wypuszczanych z paszczy dźwięków.

Chrapol nerwowy - charakteryzują go zachowania impulsywne. No spróbuj mu przerwać! Spróbuj bezczelnie przerwać śpiew syreni ten! Wyrwie Ci kołdrę spod tyłka, wypuści z zamulonego snem umysłu wiązkę słów nieskładnych i wulgarnych zarazem. Wyjdzie, walnie drzwiami, zagrozi definitywnym rozstaniem i rychłą wyprowadzką (ileż można przecież to ciągłe i brutalne przerywanie snu znosić?!) i pójdzie spać gdzieś w cholerę (ufff, thanks god!) a rano kompletnie nie wie dlaczego spał na siedząco w innym pokoju.

Chrapol dozujący - ten dozuje Ci tę przyjemność i zaczyna subtelnie...cichuteńko - takie chrapu chrapu, ćwiru ćwiru...Dźwięk ten jednak z każdym chrapnięciem nabiera mocy i po 3 minutach jest rykiem głodnego i chorego na umysle lwa! Gdy ryk osiągnie zenit, bo ludzkie gardło już nic bardziej dramatycznego wyprodukować nie jest w stanie...znowu cichnie, subtelnieje. I brzęczy jak maleńka muszka na łące...jak pszczółeczka jakaś, by po cholernych 3 minutach zamienić się w bezwzględnego gada drącego pysk jakby go ktoś zarzynał! Tak 432 razy, aż nadejdzie świt.

Chrapol sufitowy - ten zawsze patrzy w sufit. Rozdziawia paszczę i z otworu nadaje. Próba przepchnięcia go na bok jest misją dla 007. To jego ulubiona pozycja..jest bardzo wygodna i na dodatek wtedy ładnie w rurze gra! Leży jak bal, jak kłoda, często układając ręce jak zapory na boki, jak męczennik na krzyżu jakimś. I choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów i każdy nie wiem jak się wytężał...to nie udźwigną - taki to ciężar!

Chrapol lokomotywa - charakterystyczny, bo i dźwięk, który wydaje łatwo z lokomotywą pomylić...taką na węgiel. Puf - przerwa - fuf - przerwa -  uff - przerwa - fuffffffff - stacja. Chwila ciszy. I od początku.Towarzyszy temu wydymanie w balon ust. W zasadzie ta opcja jest nawet ok. Jeśli osadzona jest w cyklu dość równomiernym i harmonijnie powtarzającym się, może nawet uśpić słuchacza. Jest to cicha wersja chrapania. Gdy się pojawia u osobnika będącego częściej np.: chrapolem sufitowym, oznacza, że tego dnia masz fart i nawet spokojną noc, pełną relaksu z możliwością przespania nawet do dwóch godzin w jednym ciągu.



Ważna informacja!
Postaraj się za wszelką cenę zasnąć pierwsza! Jeśli akurat nie chce Ci się spać to możesz wypić butelkę wina lub ogłuszyć się jakimś tępym narzędziem. Pamiętaj! To jest wyścig! Kto zaśnie pierwszy - zwycięża!

Jeżeli któraś z Was zna faceta śpiącego zupełnie po cichu..radzę go sprawdzić, być może jest nieżywy;)



   a teraz szybkie cytaty z dziś, robiłam mini badanie:)

  "jak mój tata zacznie chrapać (a mamy raczej duże mieszkanie) to ja się kurwa budzę, bo się mury trzęsą! a miał już nawet takie na rękę, że raziło go prądem i NIC"

  "jak chrapiesz to znaczy, że musisz coś wyciąć, bo czegoś masz za dużo! mój brat wyciął migdały!"

  "jak ktoś chrapie to trzeba mu podłożyć kiełbasę...no co? nie słyszałaś?"

piątek, 19 października 2012

zara wracam:)


ZARA, nie dość, że dzinsy tam farbują:) to już wcześniej potrafiła mnie rozbawić kreacją wybitną, to prawda...




I okazuje się, że zawsze mogę liczyć tam na pozytywną emocję:)

Jak skutecznie oddać torbę w ZARZE? – instrukcja w 10 prostych krokach.


1.  Kup torbę – ona Ci się oczywiście natychmiast zepsuje – już na oko widać, że ma gówniane zapięcie, ale jest ładna, kusi ceną, czujesz, że jej potrzebujesz! Bierz!

2.  Zepsuła się już dnia następnego. Idź ją oddać. Powiedz: Dzień Dobry Pani! Zepsuła mi się ta torba. Chcę ją oddać i otrzymać zwrot pieniędzy.
Przyjmą, ale musisz wziąć taką samą, bo nadal mają ten model w sklepie (nie wiedziałaś o tym, ale małym druczkiem zasada ta jest podobno opisana gdzieś tam...).

3.  Powiedz: Nie chcę takiej samej, bo mi się zepsuje znowu. Oddajcie mi kasę!

4.  Teraz usłyszysz od Zara Pani Miłej: Przykro mi! Nie ma takiej możliwości! Musi Pani wybrać sobie coś w tej lub wyższej cenie.

5.  Powiedz: Nie chcę innej torby, bo mi się tutaj nic nie podoba. Chciałam tą, ale TA się psuje. Innej  NIE CHCĘ.

6. Usłyszysz ponownie od Zara Miłej Pani: Niestety, tutaj jest napisane (wielkość czcionki 3 pkty), że musi Pani coś wybrać.

7. Teraz możesz się naprawdę wkurwić…bo masz powód.

8. Poddaj się. Wybierz jakąś inną torbę i nawet dopłać do niej 100 zł. Spoko! Nie bój się! Kup!

9. Powiedz: ZARA wracam. Odejdź od lady. Zrób jeden krok w prawo, jeden krok w lewo i obrót na pięcie. ZARA wróć do lady.

10. Podejdź do tej samej Zara Pani Miłej i powiedz: Dzień Dobry Pani! Jakoś zupełnie nie podoba mi się ta torba. Chcę ją oddać i otrzymać zwrot pieniędzy. Teraz możesz nawet uśmiechnąć się szczerze;)


Przyjęła..musiała (małą czcionką miała to opisane:) i kasę oddała.
Możesz oddać jak Ci się nie spodoba a nie możesz jak się rozpadnie...hmmm, ciekawe.
Mina Zara Pani Miłej doprawdy bezcenna;) 

Droga ZARO! 
Dziękuję Ci, że jesteś dla mnie źródłem tak wielu inspiracji, ale po jaką cholerę ten cały cyrk? He?

ewa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...