Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życiowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życiowo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 lipca 2013

ja dinozaur!

Piszę lekko podrażniona, bo zadziwiona cała siedzę tu, z gęba otwartą nawet nieco...
Wśród moich znajomych na FB jest parę takich listeczków zielonych, czyli dzieci moich znajomych. Takich co im tam pieluchy nawet przewijałam swego czasu. 
Zapraszają ciociunię...no ciężko tak zwyczajnie olać, ale zawsze zastanawiam się po co dzieciakowi co ma lat 10 profil na FB?
No może będzie o zwierzątkach pisać. Może o problemach z matematyką lub wyjściu do kina lub o tym, że cholerną "Wieczorynkę" likwidują.. Dobra, myślę sobie, niech tam sobie profil ma.

Jednak ostatnio jestem dość przygnieciona faktem zmian hurtowych statusów owych dojrzałych fejbukowiczów.
Zmiana statusu: w związku
Ale w jakim związku?
Hę??? No niech mnie cholera!

Zawsze wtedy w ataku paniki przeliczam ile lat upłynęło od 1999 lub 2002 do dziś, bo dla mnie to raczej jakoś całkiem niedawno. No muszę się jakoś upewnić, że mnie oczy nie mylą i liczyć jednak dobrze potrafię.
Widzę na foci "partnera" chudego jak mój kij od mopa z grzywą rodem z "Króla Lwa", nieco pryszczata twarzą, nosem jak haczyk na ryby i staram się nie zaśmiać, opcjonalnie z rozpaczy zaszlochać!



Refleksja mnie naszła. Czy ja stanowię rodzaj skamieliny czy też skamieniałości (jak zwał tak zwał!), co ją ktoś wykopał przypadkiem lub ze skały wygrzebał i osadził tu w tej Łodzi na zwykłym osiedlu zamiast w muzeum? Dlaczego czuję, że pragnę napisać pod owym statusem: ej no! umyj ząbki i do wyra spać, bo mnie tu szlag trafi!
Staroć stetryczała? co jest grane?
Niech mnie ktoś uratuje i powie, że nie tylko ja jestem dewotą i jakimś zacofanym moherowym beretem, bo czuję, że oszaleję albo wyrwę sobie z rozpaczy śledzionę.



p.s. Synu mój! jeśli za lat parę zobaczę coś takiego na Twoim fejsbuczku (gdy już go założysz niestety), uwierz matce swej, że Twoja spokojna egzystencja będzie zagrożona!!!:)
dobranoc:)

czwartek, 17 stycznia 2013

pokolenie fankensztajna

Niedziela..jakoś po obiedzie, słyszysz nagle: "Wiesz co? Muszę wyjść...pochodzić kurwa po jakimś lesie. Bo nie wytrzymam tego dłużej! Muszę być sam! Chociaż przez moment!!!!".

Znajome? Łączy nas wszystkich jedno: wszyscy mamy lekko zaczerwienione oczy i kredyt we frankach. Jesteśmy pokoleniem farnkensztajnów, bo prawdopodobnie to franek właśnie wyznaczył nam sposób w jaki przyszło nam żyć.


Gdy mieliśmy po 12 lat po raz pierwszy zobaczyliśmy komputer, nieliczni z nas mieli szansę dowiedzieć co oznacza "good morning", bo starzy mieli na tyle dużo kasy, żeby zapisać nas język. Nikt wtedy jeszcze nie rozumiał po cholerę to!
Gdy startowaliśmy na studia obciachem było studiować wieczorowo. Kierunek: Zarządzanie! Yeah, to było coś!!! Zapieprzaliśmy więc na dzienne jak oszołomy na 10 godzin, 5 dni w tygodniu. Po godzinach korki z licealistami, w weekend 10 godzin za barem, czasem sprzedało się kserówki - wtedy był mega zysk.

Wyprodukowano pierwszą w historii tego wspaniałego kraju falę zajebistych magistrów z wiedzą tak gruntowną, że łeb pękał w szwach. Głównie niestety pierdołami i śmieciowymi informacjami totalnie bez znaczenia w realu. Wszyscy chcieliśmy zarządzać. Poutykano nas po różnych posadkach i jedziesz!
Masz pracę, chcesz mieć rodzinę, dziecko, mieszkanie. Nie ma opcji uciułać na chałupę z pensyjki ...abstrakcja! Szczęśliwie to czas, kiedy pojawia się na wolnym rynku taki produkt jak kredyt. Stać Cię. Hurrra! Jest miłość, mieszkanie, potem dziecko. To dziecko często za rozsądku, bo czas goni...30 lat na karku. Nie na rękę za bardzo, bo ten kredyt..i kariera, no ale cóż... mama prosi, babcia płacze. Jest.

Za czasem zauważasz, że koleżanki pojawiające się z pracy są coraz młodsze. Histerycznie próbujesz nadążyć. Wyglądać 10 lat młodziej, jakoś wtopić się w tłum. One nie wiedzą za wiele, ale są odważne, bezczelne, pewne siebie i znają 4 języki. Czuć oddech na plecach? Tak. Zapierdalasz bez opamiętania. Nie możesz wypaść z obiegu! Za nic! Kto niby spłaci ten kredyt?

Niektórzy to korpohieny, inni założyli własne interesy. Z ambicji a może ze strachu, żeby nie wylecieć na ryj, jak Ci włosy posiwieją. Sprzedawać, sprzedawać, sprzedawać. Wszystko jedno gdzie jesteś. Musisz coś sprzedawać. Słyszysz to w kółko.
Cześć z zapalonych i pełnych początkowego entuzjazmu (łoj jak to fajnie mieć własną firmę!!!), szybko podziękowała za tą przyjemność i usrywanie się tym tworem i wróciła do dawnej pracy. Tyle, że teraz, po paru latach, ich szefami są ludzie, których kiedyś sami przyjmowali do pracy. Praca poniżej oczekiwań? Od zera? Nie szkodzi! Zaburzasz świadomość codziennym drinkiem i jedziesz dalej!



W zasadzie zawsze wieczorem pijesz kilka drinków może kilka lampek wina, bo to rozluźnia. Tak jesteś winopijcą. Nie odwiedzasz znajomych a oni nie odwiedzają Ciebie, bo każda wolna chwila jest na wagę złota. Każdego dnia wyrzucasz sobie jak mało czasu spędzasz z dzieckiem.  Seks w zasadzie nie istnieje. Albo Ty albo On usypiacie tak szybko, że nie ma na to szans a nawet ochoty. Większość Twoich znajomych nie wytrzymuje presji. Oczekiwań, wyrzutów, powtarzalności zdarzeń, niespełnionych marzeń i zmodyfikowanych do granic możliwości planów z przeszłości. Są po rozwodzie, w trakcie lub poddali się .."dla dobra dzieci" i prowadzą firmę "dom" z dokładnie ustalonym podziałem obowiązków: ja zarabiam, ty gotujesz, koniec. Niektórzy szukają odskoczni i zawierają jakieś przypadkowe znajomości, które pozwalają na kilka chwil wypaść z pętli czasu, złapać oddech. Czasem te chwile uświadamiają im brutalnie jak i z kim chcieliby żyć i jak strasznie dalekie jest to od ich prawdziwego, szorstkiego bytu.

Często budzisz się ok. 3.30. Noc jest szczególnie nieprzyjemna. Pełna natręctw i wyolbrzymionych problemów. Jak masz szczęście i dobrą noc to budzisz się ciut przed tym jak zadzwoni ćwierkający budzik w telefonie pod łóżkiem - ten jest Twoją smyczą, chodzisz z nim nawet do kibla i wanny.. Twój mózg jest jak jakaś pieprzona zegarynka. W piątek jeszcze jak Cię mogę, ale niedziela to dramat. Wkurwienie narasta z każdą godziną począwszy od samego rana. Już jutro musisz rano wstać, bo kredyt, bo dziecko, bo wczasy, bo to, bo kurwa sramto. Chcesz nakryć się kołdrą i w pozycji embrionu zastygnąć na kilka godzin. Bez ruchu. Bez telefonu. Bez niczego. 

Z tego pędu i szału wyrywają Cię czasami na kilka chwil strzały w potylicę. Czasem choroba, czasem czyjaś śmierć..Jednym słowem wymuszona stop klatka, czyli chwila świadomego myślenia.

Czasem myślę, że mogłabym zebrać różne znajome mi osoby w jednym pokoju, posadzić na krzesłach ustawionych w zgrabne kółko i powiedzieć:
Cześć, jestem Ewa i od kilku lat czuję, że żyję gówniano. Usłyszałabym pewnie: Witaj Ewa! Jesteśmy z Tobą!

Tak jestem frankensztajnem.
Bywam jednak szczęśliwa.






wtorek, 6 listopada 2012

historia pewnej przyjaźni...

Pracuję w agencji reklamowej... wspinam się i wspinam... rekrutuję różnych ludzi... buduję zespół... chcę najlepszych - zawsze!!!. Pojawia się ONA - piękna czarnulka, bezczelna, błyskotliwa, odważna, zadbana, spóźniona jak jasna cholera - szef nie daje Jej żadnych szans ze względu na to spóźnienie... przekonuję Go - Mario! musisz Ją zobaczyć, choć na chwilę... błagam posłuchaj Jej... jest boska! Ja Ją chcę, tu na tym pokładzie, czuję flow... porozumienie jak nigdy! Wykorzystuję wszystko co mogę, aby go przekonać! Po 5 minutach spotkania z Nią... wychodzi bez słowa... ja za nim... i co? i co?... chwila ciszy... On mówi - jest super! chcemy Ją na pokładzie! Alleluja myślę sobie.... Alleluja!

Dni mijają jak lata... łapiemy momentalne porozumienie dusz... razem przenosimy góry... sama nie wiem kto tu kogo uczy, czy inspiruje, czy rozwija... zatracają się wszelkie granice... razem jesteśmy jak tornado... póki co na poziomie pracy... ale coraz częściej gadamy luźno, bardziej prywatnie... choć z lekką nutką dystansu... z obu stron... rokuje...

Ja w ferworze przygotowań do ślubu... mojego ślubu faken! Zawalona pracą po dach... staram się za wszelką cenę uczynić z mojego ślubu mega event... w końcu jestem specjalistką zatem musi być... mega mega... to ważne dla mnie... rodzaj rekompensaty dla partnera, że mnie nie ma 95% czasu w naszym życiu...

Stawiam granice... twarde!... po raz pierwszy... swojemu szefowi, który jest dla mnie mega guru... coś na kształt boga... sobie samej co jest jeszcze trudniejsze... w końcu świat się nie zawali... biorę ślub... jedyny w życiu (hmmmm???) tak wtedy do tego podchodzę (naiwnie? może?)... to mój czas... mój... i nic się nie liczy... to tylko przecież dwa pieprzone tygodnie... dwa! Zaraz wracam! Zaraz wracam! Nic nie może się stać... przygotowałam wszystko bardzo dokładnie i szczegółowo... do ostatniej chwili... na spotkania w sprawie ślubu zawsze spóźniona... zawsze nieprzygotowana... zawsze myślami odległa...

Wyjeżdżam w podróż poślubną... Kreta! Cudownie... Roaming oczywiście włączony... ale przecież... nic się nie może stać... Ewka jest boska, jest super, poradzi sobie i tylko dzięki Niej... mogę teraz poświęcić dwa tygodnie na swoje własne szczęście... 

... dzwonię po tygodniu czy może chwilę później... ochłonęłam... zatęskniłam... intuicja???

Ewa nie odbiera... jak to? jak to? Dzwonie do Kasi... Stoję na balkonie w promieniach zachodzącego słońca z drinkiem z palemką w dłoni... wyluzowana... wypoczęta... oderwana...

Kasia odbiera... Ja szczebiocząc... Cześć Kasiu co tam, jak tam... Ewunia nie odbiera... Ewa nie odbiera... Ewa nie odbiera... Co u Was...
cisza...
cisza...

Kasia milczy jak zaklęta!

Kasiu! Niech Ewunia do mnie zadzwoni... chce z nią porozmawiać...

Kasia zdołała wydusić z siebie tylko jedno zdanie: "Ewa jest dzisiaj nieobecna w pracy... jest na pogrzebie swojej mamy..."

pik pik pik pik... drink opada z rąk... to tylko dwa pieprzone tygodnie, nic nie może się wydarzyć... tylko dwa cholerne tygodnie... dlaczego mnie tam nie ma faken!!!

Później nic nie pamiętam...

... pamiętam dopiero nasze wspólne podróże do Warszawy... ja prowadziłam... nie chciałam Jej nadwyrężać... powoli... powoli... powoli... w  strugach łez (jakie mi teraz płyną) stawałyśmy na nogi...
... z różnych powodów...
... obie...

... jak pokazało życie to nie pierwsza próba jaką zafundowało nam życie...

ps. piszę to tu i teraz bo muszę... po tym co napisała Ewa... może nieskładnie... może nieporadnie... mam to w dupie... czułam, że muszę... i to nie jest komercha, żeby nie było...

ps. nie wiem czemu wywaliło mi ten post dwukrotnie... może blogspot nie przyjmuje ciężkich treści... trudno będziemy się jak co przenosić :)



czasem nie potrafię wymyślić tytułu...



Jestem nowa w tej pracy. Zapowiadam się na dobrego accounta – tak mówią. Pracuję po 14 h dziennie i nadal nie czuję bólu, jestem kreatywna, wielowątkowa. Jeszcze kiepsko zarabiam, ale wszystko przede mną. Pokażę im, że stać mnie na wiele. Lubię pracować i strasznie kręci mnie ta branża.

Moja mama jest dla mnie bardzo ważna. Nie mam rodzeństwa, więc w zasadzie wszystkie największe emocje związane są nadal z moimi rodzicami. Mieszkam z nimi i oprócz pracy, to ONI stanowią całe moje życie. Z mamą jesteśmy bardzo blisko. Może za blisko. Dużo ze sobą rozmawiamy. Zawsze otwarcie i często boleśnie szczerze. Ona jest trochę uparta i popełnia wiele błędów w życiu, ale to z nią czuję największe porozumienie na tym świecie.

Staram się. Pędzę jak oszalała, bo chcę mieć kiedyś swoje własne mieszkanie i ładne auto. Moi rodzice jakoś sobie radzą, ale nie są ludźmi szczególnie zamożnymi. Muszę zarobić na to sama, wiem. Wcześniej pracowałam w Warszawie i to było coś! Musiałam wrócić do Łodzi i to jest dla mnie szok. Zwłaszcza finansowy. Muszę szybko odrobić stratę i zacząć żyć jak człowiek.

Mama jest atrakcyjną kobietą. Jest zadbana i bardzo ładna. Często maluję jej paznokcie, wtedy patrzę na nią i zazdroszczę jej urody. Niestety jestem tylko jej marną kopią. We wtorek wyglądała jakoś źle i rozbolał ją brzuch. Nie przestawał boleć. Musieliśmy wezwać pogotowie, ale nie zgodziła się na szpital. Miała niepomalowane paznokcie i czuła się tym faktem bardzo skrępowana.

Wtorki w pracy są okropne. Wszyscy budzą się na dobre z weekendowego snu. Do tego jest wrzesień, czas tanich wylotów zagranicznych. Ludzie na urlopach. Ja praktycznie sama w firmie, siedzę i klikam od wielu godzin a pracy nie ubywa. Miliardy maili do wysłania, drugie tyle do odebrania.

Ból nie przeszedł. Pomalowałam mamie te cholerne paznokcie i ponownie wezwaliśmy karetkę. Kiedy przyjechała starałam się wpompować jej powietrze do ust, bo nie mogła oddychać. Szczęśliwie kiedyś nauczyłam się jak to robić. Zabrali ją. Kilka minut później pojechałam do szpitala. Było już lepiej. Zrobili jakieś badania i położyli ją na sali. Pogadałyśmy chwilę i powiedziała, żebym poszła, bo mam pewnie jeszcze sporo pracy a powinnam też trochę odpocząć.. W tamtej chwili było mi to na rękę. Posłuchałam. O 20.00 wyszłam ze szpitala i umówiłyśmy się na jutro.

Wróciłam do pracy, puściłam te maile i z kompem pod pachą wróciłam bardzo późno do domu. Tej nocy zadzwonił telefon. Nie było żadnego jutra.

Pogrzebu w zasadzie nie pamiętam. Było mi zimno. Kilka tygodni później, gdy kładłam się spać chciałam nadal umrzeć. I myślałam, że tak się faktycznie stanie. Że nie dam rady wytrzymać tego cholernego bólu. Chciałam na siłę znaleźć jakiś sens tego co się stało. Nie potrafiłam.Wiele lat minęło zanim sobie wybaczyłam, ale nadal czuję ogromny wstyd. Dzisiaj jestem silniejsza, bo wszystkie złe rzeczy, które mi się przytrafiają wydają się bzdurą w zestawieniu z tamtym wtorkiem. To pomaga żyć. Wkrótce okaże się nawet, że jeszcze będzie dla kogo.

Ostatnio znowu o tym myślałam... Że śmierć jest cholernie kreatywna. Potrafi zaskakiwać. Jest bezczelna i robi co chce. Słyszysz coś tam o niej jakby z oddali, ale te historie zwykle dotyczą innych. Lekceważysz ją więc. I dopiero, gdy przejdzie tuż obok, widzisz jaki to wielki błąd. Zdobyła mój szacunek, bo już wiem, że jeśli tylko zechce, to nie pozwoli mi nawet dokończyć śniadania.

pozdrawiam zapracowanych
ewa



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...