niedziela, 27 stycznia 2013

wnet przybędzie po kolędzie...co to będzie, co to będzie?

A ten strach...? Skąd on się bierze? Może trema? Czasem pospolita sraczka. Może to podejrzenie, że TE oczy prześwidrują Cię na wylot, wypatrzą Twoje słabości i mikro przestępstwa, a potem zawstydzą brutalnie i publicznie....Odpyta z paciorka? Złapie Cię na ściemie? Kompletnie nie wiesz o co chodzi, ale ten dziwny popłoch pojawia się każdego roku, a oprócz tego wizyta poprzedzona jest zestawem corocznych,  identycznych pytań od sąsiadów najbliższych.

1. A kiedy w tym roku chodzi Ksiądz?
Taaaaa. I tu się kłania punkt 3 dekalogu:) Oczywiście, że nikt z otoczenia tego nie wie. Bo ową informację można uzyskać wyłącznie w osiedlowym kościele, w którym to nikt nie był od 1985 roku. To pytanie jak natręt pojawia się 7 razy dziennie począwszy od 6 stycznia. Niektórzy ambitnie deklarują, że specjalnie własnie w TYM tygodniu pójdą na mszę i właśnie PO TO, aby się dowiedzieć. Echeś! Echeś!:)
Niepewność zwykle rozwiewa chudy chłopiec z podstawówki, który to wali któregoś przypadkowego dnia do Twych drzwi i pyta "Czy przyjmie Pani Księdza?".
O TAK, OCZYWIŚCIE! Ja bym nie przyjęła? Ja przecież zawsze przyjmuję!
Masz szczęście jeżeli Ksiądz nie stoi właśnie tuż za Twoją rynną, czyli jakieś 1,5 metra od drzwi.

2. A masz ten Krzyżyk?
A niby kurde skąd? Skąd mam mieć TEN Krzyżyk? Taki srebrny albo fluorescencyjny, co się go stawia na stół. Pożyczam przecież zawsze od teściowej. I wtedy już mam. Zwykle pożyczony krzyżyk staje się krzyżykiem wędrownym, ponieważ finalnie obiega całe osiedle. Przekazywany jest z rąk do rąk na 3 sekundy przed "wizytą". I dobrze, że jest chociaż taki krzyżyk wędrowny. Bowiem wszyscy mamy dizajnerskie "super" wnętrza i te nasze dizajnerskie wnętrza z białymi meblami w MDF-ie nie przewidują zawieszenia na ścianie jakiegokolwiek widocznego dowodu naszej wiary. Jakoś się nigdy nie komponuje. Jak ktoś już posiada krzyżyk, to jest on na tyle "dizajnerski", że ten biedny Ksiądz nie ma szans zorientować o co kaman.
Zdarzyło się już, że złapał w pomieszczeniu azymut na jedyną nadrukowaną i widoczną ludzką postać, czyli soulową murzynkę na fototapecie i to do niej właśnie pacierz trzasnęliśmy. Hmmmm.

3. A masz wodę święconą?
Ależ oczywiście!!!! Jakby inaczej! Byłam wczoraj przy beczce i wyłowiłam troszkę do słoika. Co za durne pytanie!
Nie mam! Nie mam! Nie mam! Ze źródła w łazience muszę zaczerpnąć. Resztę załatwi wyobraźnia.

4. Ile dajesz?
Od lat uczeni, żeby kaszanki w tej materii jednak nie robić, a może trochę z bojaźni zwykłej przed ewentualną karą w życiu wiecznym,  przywykliśmy uznawać, że jednostką miary w tym temacie jest 50 zł, szczelnie zaklejone w kopertę. Nie ma mniejszych nominałów. Jest 50 zł i jego oczywiście wielokrotność.
Był jednak taki rok, gdy zadzwoniła do mnie sąsiadka z tym pytaniem: ile dajesz? Ja mówię nieco zażenowana, że w tym roku tylko stówa, a ta do mnie że 30 daje. Zamarłam na moment, myśl ma zawirowała niesfornie po czaszce. Ale tego dnia, po 20 latach przebywania w ciemności, uświadomiłam sobie, że w naszej walucie faktycznie występują również inne nominały, np.: dziesiątki. Od tamtego czasu czuję, że mi jakoś na duszy jednak lżej, bo jednak nie mogę usunąć z umysłu jak mucha myśli natrętnej, że od tej mojej darowizny szczodrej obdarowany podatku jednak nie zapłaci...A ja muszę zawsze! No to zdjęłam podatek sama i ładuję w kopertę kwotę netto:)

5. Był już, był? W którą stronę poszedł?
Ja pieprzę! Był i poszedł...chyba w prawo...A jakie to ma znaczenie ja się pytam? No chyba tylko takie, że nie wolno pomylić kierunku wędrówki "wędrownego krzyżyka":)



A teraz kilka porad, wynikających z traumatycznych doświadczeń osób różnych!

1. Wizyta jest ogólnie trudna, ale kluczowy jest jeden moment....gdy Ksiądz zadaje bita!
No i teraz tak. Pomieszczenie (znaczy dom Twój, który zwykle widzi inne sceny). Niezwykła cisza, bo TV odłączone od prądu. W całym pomieszczeniu tylko 3 osoby i paciorek.
Masz fart jak znasz ten zarzucony odgórnie przez Księdza kawałek. Najlepiej, mówiąc owy fragment, wyobrazić sobie coś bardzo przykrego i nie podnosić oczu swych na nikogo, bo jak lookniesz na umartwioną minę własnego męża, który ze złożonymi rączkami stara się nadać powagi sytuacji to umrzesz. Atak zabójczego rechotu gwarantowany! Tego rechotu nie zatrzymasz! Więc dla dobra sytuacji -  patrz w podłogę!

2. Możecie wywalić się też na pytaniu: a ile lat jesteście po ślubie?
Oł szit! Heeeee? Zwykle odpowiedź ma charakter rozbieżny:) 5? 6? 7?
A kto to wie? Wiele lat Proszę Księdza, oj wiele, wiele!
Nawet nie próbujcie odpowiadać na kolejne pytanie...o nazwę parafii, w której braliście ślub. To nazewnictwo jest nie do przyswojenia! Absolutnie! Można wtedy powiedzieć: "W tej przy Tesco" a najlepiej w tym momencie zacznijcie kaszleć, albo jakoś tak....że chorzy jesteście. To jedyna opcja żeby nie odpowiadać i się nie skompromitować totalnie.

3. Przygotuj dziecko!
Powtarzaj z nim odpowiedzi na popularne pytania aż ogarnie i zapamięta. Zdarzyło się bowiem, że dziecko na pytanie: czy znasz jakiś paciorek? Owszem, owszem, dziecko ochoczo odpowiedziało:

Dobranoc - aniołki na noc
Matka Boska przy łóżku
A Anakin w serduszku

Niestety Ksiądz nie znał Anakina. Jakoś z Biblii nie kojarzył:)

4. No i należy przygotować się na specyficzną nomenklaturę, na którą niektórzy reagują paniką i źrenicą rozszerzoną nieco, gdyż niezbyt swobodnie posługują się ową.

Zostańcie w pokoju! - w prostym tłumaczeniu: to pa! i nie drzeć na siebie tu gęby w przyszłości!
Bóg zapłać! - w prostym tłumaczeniu: dzięki za kopertę z pięćdziesiątkami!
Niech Bóg ma Was w swojej opiece! - to należy chyba rozumieć dosłownie! bo niech nas faktycznie lepiej ma!
Pokój temu domowi! -  czyżby Dzień Dobry?



p.s.

Ogłoszenie!
Pani Elżbieto! Mamo Oli Radomskiej. Odpowiadam na zadane pytanie:
Oczywiście, że Ola może mieć wolne w dniu wizyty Księdza;)
Pozdrawiam serdecznie!:)


czwartek, 17 stycznia 2013

pokolenie fankensztajna

Niedziela..jakoś po obiedzie, słyszysz nagle: "Wiesz co? Muszę wyjść...pochodzić kurwa po jakimś lesie. Bo nie wytrzymam tego dłużej! Muszę być sam! Chociaż przez moment!!!!".

Znajome? Łączy nas wszystkich jedno: wszyscy mamy lekko zaczerwienione oczy i kredyt we frankach. Jesteśmy pokoleniem farnkensztajnów, bo prawdopodobnie to franek właśnie wyznaczył nam sposób w jaki przyszło nam żyć.


Gdy mieliśmy po 12 lat po raz pierwszy zobaczyliśmy komputer, nieliczni z nas mieli szansę dowiedzieć co oznacza "good morning", bo starzy mieli na tyle dużo kasy, żeby zapisać nas język. Nikt wtedy jeszcze nie rozumiał po cholerę to!
Gdy startowaliśmy na studia obciachem było studiować wieczorowo. Kierunek: Zarządzanie! Yeah, to było coś!!! Zapieprzaliśmy więc na dzienne jak oszołomy na 10 godzin, 5 dni w tygodniu. Po godzinach korki z licealistami, w weekend 10 godzin za barem, czasem sprzedało się kserówki - wtedy był mega zysk.

Wyprodukowano pierwszą w historii tego wspaniałego kraju falę zajebistych magistrów z wiedzą tak gruntowną, że łeb pękał w szwach. Głównie niestety pierdołami i śmieciowymi informacjami totalnie bez znaczenia w realu. Wszyscy chcieliśmy zarządzać. Poutykano nas po różnych posadkach i jedziesz!
Masz pracę, chcesz mieć rodzinę, dziecko, mieszkanie. Nie ma opcji uciułać na chałupę z pensyjki ...abstrakcja! Szczęśliwie to czas, kiedy pojawia się na wolnym rynku taki produkt jak kredyt. Stać Cię. Hurrra! Jest miłość, mieszkanie, potem dziecko. To dziecko często za rozsądku, bo czas goni...30 lat na karku. Nie na rękę za bardzo, bo ten kredyt..i kariera, no ale cóż... mama prosi, babcia płacze. Jest.

Za czasem zauważasz, że koleżanki pojawiające się z pracy są coraz młodsze. Histerycznie próbujesz nadążyć. Wyglądać 10 lat młodziej, jakoś wtopić się w tłum. One nie wiedzą za wiele, ale są odważne, bezczelne, pewne siebie i znają 4 języki. Czuć oddech na plecach? Tak. Zapierdalasz bez opamiętania. Nie możesz wypaść z obiegu! Za nic! Kto niby spłaci ten kredyt?

Niektórzy to korpohieny, inni założyli własne interesy. Z ambicji a może ze strachu, żeby nie wylecieć na ryj, jak Ci włosy posiwieją. Sprzedawać, sprzedawać, sprzedawać. Wszystko jedno gdzie jesteś. Musisz coś sprzedawać. Słyszysz to w kółko.
Cześć z zapalonych i pełnych początkowego entuzjazmu (łoj jak to fajnie mieć własną firmę!!!), szybko podziękowała za tą przyjemność i usrywanie się tym tworem i wróciła do dawnej pracy. Tyle, że teraz, po paru latach, ich szefami są ludzie, których kiedyś sami przyjmowali do pracy. Praca poniżej oczekiwań? Od zera? Nie szkodzi! Zaburzasz świadomość codziennym drinkiem i jedziesz dalej!



W zasadzie zawsze wieczorem pijesz kilka drinków może kilka lampek wina, bo to rozluźnia. Tak jesteś winopijcą. Nie odwiedzasz znajomych a oni nie odwiedzają Ciebie, bo każda wolna chwila jest na wagę złota. Każdego dnia wyrzucasz sobie jak mało czasu spędzasz z dzieckiem.  Seks w zasadzie nie istnieje. Albo Ty albo On usypiacie tak szybko, że nie ma na to szans a nawet ochoty. Większość Twoich znajomych nie wytrzymuje presji. Oczekiwań, wyrzutów, powtarzalności zdarzeń, niespełnionych marzeń i zmodyfikowanych do granic możliwości planów z przeszłości. Są po rozwodzie, w trakcie lub poddali się .."dla dobra dzieci" i prowadzą firmę "dom" z dokładnie ustalonym podziałem obowiązków: ja zarabiam, ty gotujesz, koniec. Niektórzy szukają odskoczni i zawierają jakieś przypadkowe znajomości, które pozwalają na kilka chwil wypaść z pętli czasu, złapać oddech. Czasem te chwile uświadamiają im brutalnie jak i z kim chcieliby żyć i jak strasznie dalekie jest to od ich prawdziwego, szorstkiego bytu.

Często budzisz się ok. 3.30. Noc jest szczególnie nieprzyjemna. Pełna natręctw i wyolbrzymionych problemów. Jak masz szczęście i dobrą noc to budzisz się ciut przed tym jak zadzwoni ćwierkający budzik w telefonie pod łóżkiem - ten jest Twoją smyczą, chodzisz z nim nawet do kibla i wanny.. Twój mózg jest jak jakaś pieprzona zegarynka. W piątek jeszcze jak Cię mogę, ale niedziela to dramat. Wkurwienie narasta z każdą godziną począwszy od samego rana. Już jutro musisz rano wstać, bo kredyt, bo dziecko, bo wczasy, bo to, bo kurwa sramto. Chcesz nakryć się kołdrą i w pozycji embrionu zastygnąć na kilka godzin. Bez ruchu. Bez telefonu. Bez niczego. 

Z tego pędu i szału wyrywają Cię czasami na kilka chwil strzały w potylicę. Czasem choroba, czasem czyjaś śmierć..Jednym słowem wymuszona stop klatka, czyli chwila świadomego myślenia.

Czasem myślę, że mogłabym zebrać różne znajome mi osoby w jednym pokoju, posadzić na krzesłach ustawionych w zgrabne kółko i powiedzieć:
Cześć, jestem Ewa i od kilku lat czuję, że żyję gówniano. Usłyszałabym pewnie: Witaj Ewa! Jesteśmy z Tobą!

Tak jestem frankensztajnem.
Bywam jednak szczęśliwa.






poniedziałek, 14 stycznia 2013

idzie wiosna czas na łowy!

No dobra, dzisiaj trochę o szopingu. Nie o TYCH łowach:), choć pewnie byłoby bardziej interesująco..;) Dawno nic nie pisałyśmy o zakupach a w końcu baby jesteśmy. No tak, czy nie?

WSZYSTKIM PANOM TERAZ DZIĘKUJEMY!!!  chyba, że macie ochotę przysnąć z lekka w poniedziałek.

Niestety ze sklepów z butkami nadchodzą ciut gówniane wieści. Otóż skończyły się dla nas - Moje Drogie Lejdis - dobre czasy....

Jako posiadaczka 163 cm wzwyż (z czego nogi nie stanowią niestety dominującej części mego body) ratuję swój honor lataniem w butach, których obcas mieści się w przedziale 7-10 cm. Staram się raczej stelaży owych nie zdejmować (w żadnej sytuacji!!!), gotowa nawet jestem sobie te buty taśmą dwustronną do pięt przymocować, tak na wszelki wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy je ze stóp mych strącić!. No chyba, że idę na sanki....Chociaż ostatnio, szurając po lodzie za młodocianym, pędzącym przede mną stworem z okrzykiem "mamo, mamo - dawaj, dawaj!", pomyślałam sobie, że taki obcas wbity w lód, mógłby moją przyczepność jednak znacznie poprawić i wizerunek w oczach młodocianych podbudować. No, ale jednak czasem wypada udowodnić, że jeszcze pamiętasz co to trampki, choć Twoja data urodzenia być może na to już nie wskazuje...

Sytuacja jest zatem taka. Ostatni okres modowy pozwalał nam podążać w buciku z czubem zaaokraglomym. Dzięki temu zabiegowi mogłyśmy uniknąć martwicy palców po 8 godzinach pedałowania na szczudłach. Ale nie tej wiosny. W tym roku czeka nas wielki powrót czubastego buta, który to skutecznie w połączeniu z wysokim obcasem powoduje zatrzymanie krążenia w stopie. Uczucie to musiało być wyjątkowe, bo nadal pamiętam ten ból z czasów kiedy to czubaste buciory królowały na ulicach.

Mój strach przed amputacją stóp nie jest jednak wystarczająco wielki i postanowiłam mimo wszystko przygotować się należycie do wiosny. Zdruzgotana nieco informacją o zmianie "tryndów" i po krótkim przeglądzie zasobów własnych, potwierdziłam (to co i tak wiedziałam), że butów z czubem u mnie brak.
I ta informacja jeszcze bardziej poraniła moją duszę. Tym razem wyobraziłam sobie kłujący ból w okolicach klatki piersiowej przy kasie w sklepie na "V", brzmiącej jak nazwa miasta, w którym to gondole posuwają po śmierdzących kanałach:). Urodził się we mnie bunt! Sprzeciw. Opór, którego mocy nie są w stanie opisać ludzkie słowa! Nie zapłacę 5 stów za amputację palucha u stopy! oł noł!

Obejrzałam dokładnie w sklepie na "V" najmodniejszą wersję buta na wiosnę (model wiosna 2013 = bolesna klasyka) i ruszyłam na łowy w poszukiwaniu buta-siostry, ale dla uboższych, oszczędnych lub bardziej sknerowatych.
W efekcie owych poszukiwań MUSIAŁAM pogodzić się z ZARĄ, chociaż ostatnio pozwoliłam sobie na kilka splunięć jadem w jej kierunku. SĄ! 



Zasadniczo nie lubię butów z ZARY, ale dla Was kochanieńkie moje baby zainwestowałam i przetestowałam to cudo na stopie swej i (o dziwo!)....nadal mam obie stopy:). Maratonu w tym nie przebiegnę (i tak nie planowałam w nim wystartować:)), ale 119,00 pln robi wrażenie!:). 
A ponieważ produkt ów zamówiłam w sklepie on-line, zadzwonił do mnie kurier i powiedział: Pani Ewo, mam dla Pani jakąś przesyłkę z Madrytu, czy jest Pani w domu? 
Ależ fuck! Przesyłka z Madrytu! Do zwykłego Wronowa! Bożesztymój! Ależ hurrra!!!! Je, je, je!
I jeszcze jedna ważna zaleta...Jak się rozpadną po tej wiośnie to płakać nie będę - kosztowały tyle co sześciopak wina z Lidla - więc luz!:)


p.s. wiem, że jeszcze leży śnieg.. Ale zobaczycie, ten dziad stopnieje absolutnie znienacka! Nie dajcie się zaskoczyć!!;)


piątek, 4 stycznia 2013

Szczęśliwego Nowego Życia!:)

Lubie Święta. Bardzo. Mam jednak takie poczucie, że im dalej w las tym bardziej mnie one ubawiają niż nastrajają...jakoś szczególnie. Ale z pewnością jest to czas podsumowań i przemyśleń, co spieprzyliśmy i co w związku z tym wypada lub nawet trzeba naprawić w kolejnym roku. Co zacząć? Co zakończyć?

Każdy rok to kolejne przemyślenia i postanowienia, które śmiało możesz nazwać cyklicznymi, bo są identyczne jak te 10 lat temu. Nigdy niezrealizowane do końca, bo w okolicy marca opuszcza Cię już pieprzona moc realizacyjna. Ale zawsze jest też jakieś zupełnie nowe postanowienie. Zwykle skrajne, wynikające z wkurwu na siebie i głupotę własną. 

A skąd ten wkurwik poświąteczny?

W tym świątecznym mega czasie, w poczuciu misji, zawalczysz jak potrzaskana o świeży chleb w tłumie marketowych wariatów, zrobisz tonę żarcia, dwa miesiące wcześniej przygotujesz listę prezentów i ściągniesz je choćby z piekła samego (Mikołaj przecież nie jest jakimś debilem, żeby pumeksy rozdawać!!). Wyrwiesz na rynku mega choinkę "co z niej igły nie lecą" i wyprodukujesz własnoręcznie pierniki na nią, bo to przecież czad! Później padniesz na krzesełko, podniesiesz słuchawkę telefonu i złożysz osobiste życzenia ważnym dla Ciebie osobom (bez seryjnych sms-ów!!!). Niestety niektórzy nie poznają kim jesteś:), ale się nie poddajesz..dzwonisz dalej! Wspominasz, życzysz, pamiętasz imiona ich dzieci, kotów oraz psów, kanarków i innych takich...

Zrobisz stół, że fotę masz ochotę trzasnąć (wcześniej latałaś 3 godziny po IKEI w poszukiwaniu inspiracji).   Włożysz na ten wieczór z Mikołajem mega kieckę, buty na obcasie 10 cm (waląc dzięki temu czołem w szafkę nad zlewem jakieś 100 razy na godzinę - w kapciach się mieścisz, w obcasie już nie) i przyjmiesz gości.
Uwaga! RODZINA nadchodzi!!!
Część z nich już po 3 godzinach zorientuje się, że właśnie dziś masz imieniny...ooooo! YEAH! Niby nie nowość, bo Ewa masz na imię od urodzenia jakby...ale ok, grzybowa i pierogi potrafią odebrać rozum i pamięć nawet najbardziej pamiętliwym. Usłyszysz, że ładny ten stół, ale dużo gałęzi strasznie i zupełnie nie ma gdzie tych śledzi postawić. Aaaa!!! I te świece! Po cholerę tyle tych świec? Trzeba zdjąć, bo jeszcze się coś zapali albo ktoś się (nie daj Boże!!!) poparzy!!!
Później zjesz 2 kg szlamowatej ryby (bo teściowa robiła i zabije Cię wzrokiem jak nie zjesz)  i 3 kg klusek z makiem rozpaczliwie wierząc, że dzięki temu jednak pieniądze przykleją się do Ciebie a nie 2 dodatkowe kilogramy do dupska. Siorpniesz kompotu ze śliweczki, chociaż zapach ten zawsze wywoływał u Ciebie odruch zwany powszechnie wymiotnym.
Jesteś dzisiaj jakby taka...dystyngowana...Uśmiechasz się przepięknie do ciotek, wujków, babć i takich tam różnych...czując zmęczenie i ból wynikający z konieczności dostosowania się. Przecież dzisiaj MUSI być miło. Tradycja!:) Trochę ciupie Cię w głowie i masz ochotę na duuużo wina, ale to Wigilia przecież! Uspokój się! Usta tylko mocz w kielichu!

Przejrzysz później co przyniósł Mikołaj. OOO! Karty podarunkowe za 50 i 100 zł do 20 sklepów różnych marek, bo co Ci niby innego kupić. Przecież wszystko masz! Nie ma co wymyślać! Tylko nieliczni się odważyli...zaryzykowali i bach! Kupili! I chwała im za to! Znaczy, że zarejestrowali przez ostatni rok cokolwiek na Twój temat.
W poczuciu winy, że na Pasterkę raczej nie pójdziesz i dziecku odpowiednich wartości nie przekażesz, no i że masz prawdopodobnie jednak 2 kg do przodu..co robisz?
Skończysz łiskacza z własnym ojcem..ON też na szczęście lubi:)...nawet w Wigilię! Ma na imię Adam, ale o tym też nikt nie pamiętał...heheheh
Sytuację uratuje grono znajomych, którzy zameldują się u Ciebie zaraz po tym jak odjedzie ostatnia taksóweczka z RODZINĄ! Ci wiedzą jak się nazywasz! Oj tak!;)

Co czujesz?
Na ten i kolejne lata.
Za stara już jesteś, żeby udawać cokolwiek i kogokolwiek. Żeby pić śmierdzący kompot. Żeby wpadać w schematy, które nie są wcale Twoje tylko... czyjeś. Wystarczy już! Szkoda czasu, bo ten niestety bezlitośnie zapierdala!
Oczyszczenie dokonane...a postanowienia zmodyfikowane:

1. Zamiast schudnąć - nie przytyć!
2. Zamiast mówić ciągle "dla", powiedzieć czasem "ja"
3. Zamiast być osobą - być sobą! 



Teraz przepraszam wszystkich, których zaniedbałam w tym roku, roztrząsając się nad sprawami  dotyczącymi osób, które kiedyś wydawały się bliskie. 
Dziękuję tym, od których nadal się uczę pokory i tym którzy poświęcili mi szczerze w tym roku choćby kilka minut swojego żywota..

No i jeszcze jedno publiczne postanowienie (te publiczne trudniej potem olać:)):
nie poddawaj się Ewka never! i żyj po swojemu!

Tego i Wam życzę, dziękując jednocześnie za pierwszy rok, który z Nami - Wronkami spędziliście:) 
Cały rok lejcie szampana, zajadajcie truskawy i co tam jeszcze lubicie a potem już tylko.....raphacholina:)


p.s. i jak masz mi podarować w przyszłym roku kartę do Reserved lub gdziekolwiek indziej, to wsadź sobie ją lepiej do dupy, bo to żałosne i tyle!
dziękuję za uwagę!


czwartek, 6 grudnia 2012

była sobie książka...

Wrony dorwały książkę... ależ nam dostarczyła różnych emocji: śmiech, zaskoczenie, zdziwienie, mega śmiech, zastanowienie, utrwalenie, śmiech na leżąco... Już niedługo więcej o tym dziele literatury popularno-naukowej bo czytamy, czytamy... z przerwami na ocieranie łez... ale nie zostawimy Was z niczym... oto krótka zajawka... takie tam wybrane cytaty...

UWAGA dla wrażliwych będą słowa: penis... we wzwodzie... jądra... na jeźdźca... Czytasz na własną odpowiedzialność!



- Deklarowana wielkość męskiego członka: 40% upiera się przy 15,5cm... aha..., 30% twierdzi, że aż prawie 18cm... better... a 10% że 20,5cm... dla ułatwienia dla wzrokowców - to prawie taka standardowa linijka szkolna... ohohoho

- Aby prawidłowo zmierzyć długość Jego penisa we wzwodzie (gdyby ktoś był taki ciekawski poza oczywiście samymi zainteresowanymi) należy rozpocząć od podstawy - tam gdzie jądra łączą się z jego trzonem i przyłożyć miarkę od dołu penisa... od dołu bo będzie dłuższy... a oto przecież chodzi... chyba... Zagłębienie się w ową literaturę przynosi jednak wniosek, że "siedzenie okrakiem na przeciętnym wacku zwykle oznacza doskonale przyjemny seks"... to cytat był jak bum cyk cyk!!!

- Pojawiają się też rady dla miłośniczek małego penisa... i tu uwaga jedna jest zaskakująca: "Zachęć go do ćwiczeń Kegla. Nie powiększą penisa, ale go wzmocnią"... a ja głupia myślałam, że o słabe Kegle to tylko do bab można mieć pretensje... hmmm :))) fajowe... bardzo lubię tą książkę!!!

- W książce wypowiadają się różne autorytety - Dr. Jenni albo Dr. Emmey... jest też również Dr. Dick - ale do tego dojdziemy... w specjalnym odcinku dla dorosłych...

I zatem dla przykładu:
Dr. Emmey radzi: "Pierwsza rzecz, o jaką pytam mężczyznę, kiedy delikatnie zaczynamy dotykać tematu wzwodu, to czy ma wzwody poranne" hmmm... ależ ja jestem niedouczona... bo te poranne wzwody podobno bardzo ważne są, jeśli chodzi o rokowania innych wzwodów... hmmm chyba potrenuję: "Cześć... fajnie Cię widzieć... a powiedz mi z Twoimi porannymi wzwodami to wszystko ok jest???"

- Są też rady jak wykonać seksowny striptiz... jedna mi utkwiła w głowie: "...nic nie szkodzi, jeśli zaczniesz się śmiać w trakcie... a nawet kiedy on zacznie to robić!" No to ufff... kamień z serca :))) A i ważne żeby nie zaskakiwać faceta striptizem kiedy ogląda ważny mecz, albo dopiero co wrócił z pracy... no no no!!!

- A czy wiecie dlaczego faceci nadają swoim penisom imiona? Żeby ktoś zupełnie obcy nie podejmował za nich decyzji! Stare ale jare... No i Moje Drogie Panie otóż warto wykreować swoje imię na Jego penisa... coś jak dla pieska czy kotka... czy tam innego oswojonego zwierzątka przydomowego...

Wg źródeł najbardziej popularne imiona / pseudonimy:
- Pan Szczęściarz (plus 10 do Ego... czy też może: poszczęści się czy nie...?)
- Junior (no nie wiem... że mały... czy że taki emocjonalnie związany...)
- Wacek (Jędruś jakoś tak bardziej z polotem by było... i fajnie się odmienia: Jędręk hono tu!)
- itd... - jakąś nudą powiało... 

I tu przychodzą nam autorki z pomocą i podają super amerykańskie przydomki penisów - bo wiemy, że co z hameryki to jest OK i Cool. 

I tak do wyboru mamy:
- Bruce - od Bruce'a Lee ofkors, yes yes, naturlisz
- Energizer - jakoś kojarzy mi się z nerwowo podrygującym różowym króliczkiem... eeee nie
- Big Ben - ale, że co, że tyka - tik tak tik tak - jak bomba???
- Maxwell - to z reklamy kawy - hasło reklamowe brzmiało "Dobry do ostatniej kropli"... przemyślę... nietuzinkowe...
- Jego Wysokość - no dobra zatem Jego Wysokość... do Princess Catherine... na audiencję przybywa
- Arnold - wiemy wiemy - od tego gubernatora
- itd

... a teraz zabawa... polega na tym, że musisz sobie zwizualizować opisywaną poniżej sytuację - dozwolone zamknięcie oczu i uwaga!!! nie wolno się zaśmiać... nic a nic... zero grymasu na twarzy... bo flak będzie... w sensie smutny korniszonek i dupa zbita... 

Jesteś sam na sam z wybranym mężczyzną napalona jak... bez porównań... rozpalona, podniecona... twoje ciało lekko drży... już za chwilę okaże się co tam w tych sexi blue jeansach się kryje - little big little big I don't know - i oto On wyciąga swoje przyrodzenie mówiąc półszeptem:

- skarbie poznaj... Jednookiego Węża...

albo

- skarbie a oto... Biały Ogier

... nadal nie wolno się śmiać bo przegrasz...

albo

- kochanie mam dla Ciebie tutaj Broń Masowej Satysfakcji...

... aaaaaaa :))))...

KONIEC ZABAWY - przegrałaś - ale luz Ja też :)))

... więcej napiszemy jak będziesz na to gotowa :))) ... jest też rozdział o dziwnych zachowaniach jąder (unoszą się, kurczą i takie tam)... dowiedziałam się też, że w Starożytnym Rzymie mężczyzna składający przysięgę chwytał się za jajka... o przepraszam za jądra... tak jak normalnie my teraz zwykle kładziemy rękę na sercu. Angielskie słowo zaświadczyć (testify) pochodzi od łacińskiego testis (jądro). Tadammmm... jądra znaczy ważne są!!!

Aha i jeszcze jedno: penisa można złamać... najczęściej na jeźdźca... tak tak wiem, że wiecie, ale wtedy on - Jednooki Wąż - przybiera barwę czarno-niebieską... O_o ... jak w Lego Ninjago :))) - dr. Emmey tak mówi - a ja jej wierzę!!!

myślę, że ciąg dalszy nastąpi...

ps. dla szczególnie odważnych ujawnimy tytuł książki :)))




piątek, 30 listopada 2012

gwiazda śmierci !!!

Wrony już gniazdo własne dawno uwiły... może nie jest ono jakoś specjalnie duże, ale pisklę tam jakieś się jednak  już hoduje.
Pisklęta (nie tylko wronowe) mają niebywałą umiejętność postrzegania świata w sposób zaskakujący i kreacją swą przytłaczający wręcz.
Zbliża się czas, kiedy odwiedza nas Mikołaj i Jego renifery. Przypomniała mi się zatem jedna historia, której świadkiem było mi dane być, a która wstrząsnęła mną NA WIEKI!




Nie wszyscy hodują w domu pisklęta i nie wszyscy są też fanami Gwiezdnych Wojen, zatem tym, którzy nie są wyjaśniam...

Jednym z najbardziej pożądanych gwiazdkowych prezentów chłopięcych jest "Gwiazda Śmierci" wyprodukowana przez LEGO.

Gwiazda Śmierci - bojowa stacja kosmiczna zdolna zniszczyć całe planety. Wytwór Imperium Galaktycznego, zbudowane w celu unicestwienia Rebelii i ostatecznego zyskania kontroli nad planetami Galaktyki.

Prezent jest tak samo pożądany jak nierealny, bo musiałby go przynieść Mikołaj Hilton albo w wersji polskiej Mikołaj Kulczyk. Inne Mikołaje na widok ceny owego zestawu krzyczą z przerażenia.
Nie mogłam nigdy zrozumieć, czemu ta "Gwiazda Śmierci" taka do cholery cenna?
Aż do dnia, w którym usłyszałam rozmowę kumpla wroniego pisklaka z jego mamą....
Oto ona..

Kacper - lat pięć:

Kacper: Mamo… a chłopaki mają „siusiaki” a dziewczynki mają „cipki” tak?
Mama: Tak
Kacper: Mamoooo, a wiesz do czego służy „cipka”?
Mama: Nooooo…… wiem, ale powiedz mi, żebym się upewniła czy i Ty wiesz synku... 
Chłopiec: „Cipka” to jest taki specjalny wlot dla „Gwiazdy Śmierci”!!!

No cóż... Drogie Panie! Wiedziałyście, że macie między udami "stację kosmiczną zdolną zniszczyć nawet całe planety"? :D

pozdrawiam weekendowo!



piątek, 23 listopada 2012

czy mogę prosić Pana na chwilę do swingowania?

Ciekawe czy jest na świecie taka osoba, która nigdy nie pomyślała chociaż przez chwilę o seksie z kimś, kto nie jest akurat jej aktualnym partnerem. hmmm;)



Nałożone na nas normy, morale, zasady, przyzwyczajenia i własne przekonania każą nam każdą taką przeobrzydliwą zaprawdę myśl zabić, ukatrupić, zamordować i usunąć z mózgu...  natychmiast!
Jedni skutecznie wywalają ją z głowy, inny zamieniają się w seksualnych marzycieli, a Ci co mają zasady głęboko gdzieś, przechodzą do realizacji i dopiero wtedy usuwają temat z czaszki. Tak czy owak chyba z natury człowiek jednak monogamiczny nie jest, ale jest istotą rozumną i nie realizuje każdej swojej potrzeby tu i teraz. Podobnie jest z sikaniem. Nie załatwiamy tego przecież gdziekolwiek i w jakimkolwiek towarzystwie. Jednak nawet badania (łaaa!) pokazały, co tak naprawdę przeciętnemu człowiekowi w głowie siedzi.




Czyli wynik chyba dość przewidywalny. Chcemy w stadzie i z "ciałem obcym" :). Ci co powiedzieli "nie wiem" pewnie wiedzą, ale nie wykrztuszą tego z dzioba za nic!
Człowiek więc sobie kombinuje... Jakby tu zrealizować potrzebę a mimo to zasnąć spokojnie. Jakoś to usprawiedliwić. Rozgrzeszyć. Prawdopodobnie stąd biorą się różne pomysły na "zdrady" i "seksualne mixy" za tak zwanym przyzwoleniem.
Swingersi - wcale nie nowy, zdefiniowany już "produkt", będący efektem chęci zrealizowania ludzkich paskudnych potrzeb (a fuj, fuj, fuj!) bez społecznego potępienia.
Wesoła zabawa ku radości wszystkich...Taka ogrodzona piaskownica dla dorosłych. Lubisz bawić się z Kasią i Basią to chodzisz tam, gdzie się one bawią i raz bawisz się szpadelkiem z jedną a innym razem grabkami z drugą. Ale mieszkasz i żyjesz cały czas z Tereską. Do tego Twoja Tereska nie walnie focha i nie dostaniesz w pysk, bo przecież Tereska też nieźle się w tym piasku bawi :). Wracasz z piachu do domu umorusany po dziób, idziesz pod prysznic i już. Po temacie. Życie toczy się dalej. Proste?

Jako osoba ciekawa życia, ale nie urodzona niestety po roku 1985, musiałam dokształcić się w materii owej. Gdy bardziej pogrzebałam w sieci okazało się, że temat swingowania jest dość dobrze zorganizowany. Aż mi nieco głupio, bo dla wielu osób pewnie nowości nie głoszę, ale istnieją na tym zepsutym :) świecie specjalne kluby dla swingersów z podziałem na kategorie uczestnictwa.
W klubie na wejściu dostajesz kolorową opaskę, sugerującą jaki jest Twój "plan na wieczór":

A. swinguję tylko z jedną parą (takie HB)
B. swinguję z kimkolwiek (chyba można przyrównać do ALL INCLUSIVE)
C. się tylko przyglądam innym a swinguję z własną kobietą/facetem (takie wczasy bez wyżywienia jakby, czyli jedziesz na głodzie ;))

No i co? Okazuje się, że potrzeba jest jednak matką wynalazku...
I tak z grzechu wielkiego płynnie i bezboleśnie możemy przejść - do przecież tak pożądanej w każdym udanym związku - wspólnej pasji :).

pozdrawiam weekendowo i tanecznie:)





piątek, 9 listopada 2012

chrapać każdy może...czasem dźwięcznie lub trochę gorzej!

Wielkie natchnienie przez doświadczenie. To poczułam właśnie. Obserwacja różnych - z pozoru zwykłych - zjawisk staje się moją obsesją, natręctwem (?). Zauważyłam nawet, że zaczynam notować różne banały i zapisywać onomatopeje, bo mnie fascynują i bawią do łez.

Chrapanie, czyli wydawanie podczas snu świszcząco - chrapliwego dźwięku. 
Charczenie, burczenie, sapanie i gulgotanie.

Medycyna podaje wiele definicji i klasyfikuje chrapanie na wiele mądrych kategorii. Najczęściej nazywa to zjawisko dość rubasznie - wibracją języczka. Z medycznego punktu widzenia to co z chwilę wyprodukuję pewnie nie ma żadnego sensu, ale muszę ten temat uporządkować jakoś, bo inaczej spokoju nie zaznam!

Chrapol napity - zwykle dźwięki wydaje po spożyciu dużej ilości płynów wszelakich. Mocne płyny wywołują dźwięki o charakterze gulgotu płynąco - napierającego. Są tak głośne, że budzą nawet starego i kompletnie głuchego psa. Zapewne jest to efekt wibracji idącej po stropach.
Nieco lżejsze płyny wywołują dźwięk przypominający końskie prychnięcia połączone z charakterystycznym telepaniem warg. Takie pryy, brrr, pryyy, bryyy + telepanie!

Chrapol płochliwy - chrapanie jego jest bardzo donośne. Odbywa się w serii i zakończone jest przeraźliwym rykiem, budzącym nawet samego chrapiącego. Chrapol na dźwięk własnego chrapu, budzi się wystraszony, siada, rozgląda bacznie i podejrzliwie. Przez jego myśl przebiega pytanie: "co mnie obudziło do cholery? jakiś hałas?". Wszyscy są podejrzani. Uspokaja się po chwili, kładzie się i zasypia natychmiast. Aż do kolejnego własnego chrapu pierdolnięcia. Znów powstaje, oczy wybałusza, strach go oblatuje. Kto to? Kto to nie daje mu spać?! Tego niestety nie dowie się nigdy!

Chrapol kanapowy, często zwany także walczącym - siedzi i patrzy w TV. Stopniowo zasypia. Zwykle pierwszą oznaką tego faktu jest wypuszczenie z ręki pilota. Pilot opada na podłogę i głowa chrapola delikatnie odchyla się do tyłu...START! melodia płynie w przestrzeń. Zdyscyplinowany przez głos z zewnątrz: "Cicho bądź!" zwykle budzi się i krzyczy: "CO JEST, CO JEST?! NIE ŚPIĘ, NIE ŚPIĘ!". Podnosi błyskawicznie pilota, przełącza bezrozumnie na inny, zupełnie dowolny i przypadkowy kanał (udowodnić się stara, że łapie jednak wątek) i historia znowu się powtarza. Pilot-głowa-melodia-"nie śpię, nie śpię"!

Chrapol zdyscyplinowany - ten chrapie sobie miło, ale ma dość mocno zakorzenioną w umyśle traumę z tym faktem związaną. Wie, że to robi, bo został przez współtowarzysza męki (kogoś kto szeruje sypialnię) poinformowany o tym fakcie wielokrotnie. Jest zatem poważnie tym własnym chrapaniem zestresowany. Dotknięty przez sen koniuszkiem małego palca - podskakuje na łóżku jak poparzony. Ruchem a'la foka natychmiast, bez jakiegokolwiek protestu, niemalże w powietrzu obraca się na bok. Wtajemniczeni wiedzą, że pozycja boczna pomocna jest wielce, gdyż ogranicza ilość wypuszczanych z paszczy dźwięków.

Chrapol nerwowy - charakteryzują go zachowania impulsywne. No spróbuj mu przerwać! Spróbuj bezczelnie przerwać śpiew syreni ten! Wyrwie Ci kołdrę spod tyłka, wypuści z zamulonego snem umysłu wiązkę słów nieskładnych i wulgarnych zarazem. Wyjdzie, walnie drzwiami, zagrozi definitywnym rozstaniem i rychłą wyprowadzką (ileż można przecież to ciągłe i brutalne przerywanie snu znosić?!) i pójdzie spać gdzieś w cholerę (ufff, thanks god!) a rano kompletnie nie wie dlaczego spał na siedząco w innym pokoju.

Chrapol dozujący - ten dozuje Ci tę przyjemność i zaczyna subtelnie...cichuteńko - takie chrapu chrapu, ćwiru ćwiru...Dźwięk ten jednak z każdym chrapnięciem nabiera mocy i po 3 minutach jest rykiem głodnego i chorego na umysle lwa! Gdy ryk osiągnie zenit, bo ludzkie gardło już nic bardziej dramatycznego wyprodukować nie jest w stanie...znowu cichnie, subtelnieje. I brzęczy jak maleńka muszka na łące...jak pszczółeczka jakaś, by po cholernych 3 minutach zamienić się w bezwzględnego gada drącego pysk jakby go ktoś zarzynał! Tak 432 razy, aż nadejdzie świt.

Chrapol sufitowy - ten zawsze patrzy w sufit. Rozdziawia paszczę i z otworu nadaje. Próba przepchnięcia go na bok jest misją dla 007. To jego ulubiona pozycja..jest bardzo wygodna i na dodatek wtedy ładnie w rurze gra! Leży jak bal, jak kłoda, często układając ręce jak zapory na boki, jak męczennik na krzyżu jakimś. I choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów i każdy nie wiem jak się wytężał...to nie udźwigną - taki to ciężar!

Chrapol lokomotywa - charakterystyczny, bo i dźwięk, który wydaje łatwo z lokomotywą pomylić...taką na węgiel. Puf - przerwa - fuf - przerwa -  uff - przerwa - fuffffffff - stacja. Chwila ciszy. I od początku.Towarzyszy temu wydymanie w balon ust. W zasadzie ta opcja jest nawet ok. Jeśli osadzona jest w cyklu dość równomiernym i harmonijnie powtarzającym się, może nawet uśpić słuchacza. Jest to cicha wersja chrapania. Gdy się pojawia u osobnika będącego częściej np.: chrapolem sufitowym, oznacza, że tego dnia masz fart i nawet spokojną noc, pełną relaksu z możliwością przespania nawet do dwóch godzin w jednym ciągu.



Ważna informacja!
Postaraj się za wszelką cenę zasnąć pierwsza! Jeśli akurat nie chce Ci się spać to możesz wypić butelkę wina lub ogłuszyć się jakimś tępym narzędziem. Pamiętaj! To jest wyścig! Kto zaśnie pierwszy - zwycięża!

Jeżeli któraś z Was zna faceta śpiącego zupełnie po cichu..radzę go sprawdzić, być może jest nieżywy;)



   a teraz szybkie cytaty z dziś, robiłam mini badanie:)

  "jak mój tata zacznie chrapać (a mamy raczej duże mieszkanie) to ja się kurwa budzę, bo się mury trzęsą! a miał już nawet takie na rękę, że raziło go prądem i NIC"

  "jak chrapiesz to znaczy, że musisz coś wyciąć, bo czegoś masz za dużo! mój brat wyciął migdały!"

  "jak ktoś chrapie to trzeba mu podłożyć kiełbasę...no co? nie słyszałaś?"

wtorek, 6 listopada 2012

historia pewnej przyjaźni...

Pracuję w agencji reklamowej... wspinam się i wspinam... rekrutuję różnych ludzi... buduję zespół... chcę najlepszych - zawsze!!!. Pojawia się ONA - piękna czarnulka, bezczelna, błyskotliwa, odważna, zadbana, spóźniona jak jasna cholera - szef nie daje Jej żadnych szans ze względu na to spóźnienie... przekonuję Go - Mario! musisz Ją zobaczyć, choć na chwilę... błagam posłuchaj Jej... jest boska! Ja Ją chcę, tu na tym pokładzie, czuję flow... porozumienie jak nigdy! Wykorzystuję wszystko co mogę, aby go przekonać! Po 5 minutach spotkania z Nią... wychodzi bez słowa... ja za nim... i co? i co?... chwila ciszy... On mówi - jest super! chcemy Ją na pokładzie! Alleluja myślę sobie.... Alleluja!

Dni mijają jak lata... łapiemy momentalne porozumienie dusz... razem przenosimy góry... sama nie wiem kto tu kogo uczy, czy inspiruje, czy rozwija... zatracają się wszelkie granice... razem jesteśmy jak tornado... póki co na poziomie pracy... ale coraz częściej gadamy luźno, bardziej prywatnie... choć z lekką nutką dystansu... z obu stron... rokuje...

Ja w ferworze przygotowań do ślubu... mojego ślubu faken! Zawalona pracą po dach... staram się za wszelką cenę uczynić z mojego ślubu mega event... w końcu jestem specjalistką zatem musi być... mega mega... to ważne dla mnie... rodzaj rekompensaty dla partnera, że mnie nie ma 95% czasu w naszym życiu...

Stawiam granice... twarde!... po raz pierwszy... swojemu szefowi, który jest dla mnie mega guru... coś na kształt boga... sobie samej co jest jeszcze trudniejsze... w końcu świat się nie zawali... biorę ślub... jedyny w życiu (hmmmm???) tak wtedy do tego podchodzę (naiwnie? może?)... to mój czas... mój... i nic się nie liczy... to tylko przecież dwa pieprzone tygodnie... dwa! Zaraz wracam! Zaraz wracam! Nic nie może się stać... przygotowałam wszystko bardzo dokładnie i szczegółowo... do ostatniej chwili... na spotkania w sprawie ślubu zawsze spóźniona... zawsze nieprzygotowana... zawsze myślami odległa...

Wyjeżdżam w podróż poślubną... Kreta! Cudownie... Roaming oczywiście włączony... ale przecież... nic się nie może stać... Ewka jest boska, jest super, poradzi sobie i tylko dzięki Niej... mogę teraz poświęcić dwa tygodnie na swoje własne szczęście... 

... dzwonię po tygodniu czy może chwilę później... ochłonęłam... zatęskniłam... intuicja???

Ewa nie odbiera... jak to? jak to? Dzwonie do Kasi... Stoję na balkonie w promieniach zachodzącego słońca z drinkiem z palemką w dłoni... wyluzowana... wypoczęta... oderwana...

Kasia odbiera... Ja szczebiocząc... Cześć Kasiu co tam, jak tam... Ewunia nie odbiera... Ewa nie odbiera... Ewa nie odbiera... Co u Was...
cisza...
cisza...

Kasia milczy jak zaklęta!

Kasiu! Niech Ewunia do mnie zadzwoni... chce z nią porozmawiać...

Kasia zdołała wydusić z siebie tylko jedno zdanie: "Ewa jest dzisiaj nieobecna w pracy... jest na pogrzebie swojej mamy..."

pik pik pik pik... drink opada z rąk... to tylko dwa pieprzone tygodnie, nic nie może się wydarzyć... tylko dwa cholerne tygodnie... dlaczego mnie tam nie ma faken!!!

Później nic nie pamiętam...

... pamiętam dopiero nasze wspólne podróże do Warszawy... ja prowadziłam... nie chciałam Jej nadwyrężać... powoli... powoli... powoli... w  strugach łez (jakie mi teraz płyną) stawałyśmy na nogi...
... z różnych powodów...
... obie...

... jak pokazało życie to nie pierwsza próba jaką zafundowało nam życie...

ps. piszę to tu i teraz bo muszę... po tym co napisała Ewa... może nieskładnie... może nieporadnie... mam to w dupie... czułam, że muszę... i to nie jest komercha, żeby nie było...

ps. nie wiem czemu wywaliło mi ten post dwukrotnie... może blogspot nie przyjmuje ciężkich treści... trudno będziemy się jak co przenosić :)



czasem nie potrafię wymyślić tytułu...



Jestem nowa w tej pracy. Zapowiadam się na dobrego accounta – tak mówią. Pracuję po 14 h dziennie i nadal nie czuję bólu, jestem kreatywna, wielowątkowa. Jeszcze kiepsko zarabiam, ale wszystko przede mną. Pokażę im, że stać mnie na wiele. Lubię pracować i strasznie kręci mnie ta branża.

Moja mama jest dla mnie bardzo ważna. Nie mam rodzeństwa, więc w zasadzie wszystkie największe emocje związane są nadal z moimi rodzicami. Mieszkam z nimi i oprócz pracy, to ONI stanowią całe moje życie. Z mamą jesteśmy bardzo blisko. Może za blisko. Dużo ze sobą rozmawiamy. Zawsze otwarcie i często boleśnie szczerze. Ona jest trochę uparta i popełnia wiele błędów w życiu, ale to z nią czuję największe porozumienie na tym świecie.

Staram się. Pędzę jak oszalała, bo chcę mieć kiedyś swoje własne mieszkanie i ładne auto. Moi rodzice jakoś sobie radzą, ale nie są ludźmi szczególnie zamożnymi. Muszę zarobić na to sama, wiem. Wcześniej pracowałam w Warszawie i to było coś! Musiałam wrócić do Łodzi i to jest dla mnie szok. Zwłaszcza finansowy. Muszę szybko odrobić stratę i zacząć żyć jak człowiek.

Mama jest atrakcyjną kobietą. Jest zadbana i bardzo ładna. Często maluję jej paznokcie, wtedy patrzę na nią i zazdroszczę jej urody. Niestety jestem tylko jej marną kopią. We wtorek wyglądała jakoś źle i rozbolał ją brzuch. Nie przestawał boleć. Musieliśmy wezwać pogotowie, ale nie zgodziła się na szpital. Miała niepomalowane paznokcie i czuła się tym faktem bardzo skrępowana.

Wtorki w pracy są okropne. Wszyscy budzą się na dobre z weekendowego snu. Do tego jest wrzesień, czas tanich wylotów zagranicznych. Ludzie na urlopach. Ja praktycznie sama w firmie, siedzę i klikam od wielu godzin a pracy nie ubywa. Miliardy maili do wysłania, drugie tyle do odebrania.

Ból nie przeszedł. Pomalowałam mamie te cholerne paznokcie i ponownie wezwaliśmy karetkę. Kiedy przyjechała starałam się wpompować jej powietrze do ust, bo nie mogła oddychać. Szczęśliwie kiedyś nauczyłam się jak to robić. Zabrali ją. Kilka minut później pojechałam do szpitala. Było już lepiej. Zrobili jakieś badania i położyli ją na sali. Pogadałyśmy chwilę i powiedziała, żebym poszła, bo mam pewnie jeszcze sporo pracy a powinnam też trochę odpocząć.. W tamtej chwili było mi to na rękę. Posłuchałam. O 20.00 wyszłam ze szpitala i umówiłyśmy się na jutro.

Wróciłam do pracy, puściłam te maile i z kompem pod pachą wróciłam bardzo późno do domu. Tej nocy zadzwonił telefon. Nie było żadnego jutra.

Pogrzebu w zasadzie nie pamiętam. Było mi zimno. Kilka tygodni później, gdy kładłam się spać chciałam nadal umrzeć. I myślałam, że tak się faktycznie stanie. Że nie dam rady wytrzymać tego cholernego bólu. Chciałam na siłę znaleźć jakiś sens tego co się stało. Nie potrafiłam.Wiele lat minęło zanim sobie wybaczyłam, ale nadal czuję ogromny wstyd. Dzisiaj jestem silniejsza, bo wszystkie złe rzeczy, które mi się przytrafiają wydają się bzdurą w zestawieniu z tamtym wtorkiem. To pomaga żyć. Wkrótce okaże się nawet, że jeszcze będzie dla kogo.

Ostatnio znowu o tym myślałam... Że śmierć jest cholernie kreatywna. Potrafi zaskakiwać. Jest bezczelna i robi co chce. Słyszysz coś tam o niej jakby z oddali, ale te historie zwykle dotyczą innych. Lekceważysz ją więc. I dopiero, gdy przejdzie tuż obok, widzisz jaki to wielki błąd. Zdobyła mój szacunek, bo już wiem, że jeśli tylko zechce, to nie pozwoli mi nawet dokończyć śniadania.

pozdrawiam zapracowanych
ewa



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...